14. PKO Cracovia Maraton

Recenzja przygotowana przez Roberta Zielińskiego

     Mój wjazd do Krakowa odbywał się w powitalnych 14. Cracovia Maratonopadach deszczu ze śniegiem wspieranych przenikliwie zimnym wiatrem. Na szczęście była to sobota, a prognoza na niedzielę była obiecująca. Po znalezieniu miejsca parkingowego (zapewnionego przez organizatora) udałem się po odbiór pakietu startowego. Biuro zawodów, podobnie jak nocleg znajdowało się w pomieszczeniach budynku stadionowego KS Wisła. W środku wszystko przejrzyście zorganizowane: osobno wydawanie numerów, osobno koszulek, które można było nawet przymierzyć. Poza tym oczywiście expo, nawet całkiem spore. Jeszcze tylko krótkie zwiedzanie strefy startu, ostatnie przedstartowe obżarstwo i  spać.
Niedziela, pobudka o szóstej rano, śniadanie: bułki z dżemem i banany. Bieg zaczyna się o dziewiątej, więc dość wcześnie jak na moje przyzwyczajenia. Dość sporym wyzwaniem okazał się dobór ciuchów do biegu, bo poranek, choć słoneczny okazał się zimny. Strefa startu usytuowana była na Rynku Głównym oddalonym o dwadzieścia minut drogi od stadionu. Dojście na miejsce wystarczyło za rozgrzewkę. Jeszcze tylko depozyt i można ustawić się na starcie. Prawie przypadkiem ustawiłem się w strefie 3:45. Okazało się, że jeszcze kilku osobom „pomyliły się” strefy. Po cichu liczyłem na 4:20, bo przecież czułem jeszcze w nogach ubiegłotygodniowe bieganie w Dębnie. Baloniki 4:00 miały mnie dogonić w połowie trasy, a potem jakoś to będzie.
Po czterech minutach od wystrzału przekroczyłem matę startową. Od tego momentu nic nie poszło tak jak zaplanowałem. Początek biegu odbywał się pośród ogłuszającego dopingu wzdłuż ul. Grodzkiej do pierwszej nawrotki i na Powiśle. Kilka słów o trasie: składała się z dwóch pętli po dziesięć nawrotek każda, a przedstawiona na mapie przypominała poroże jelenia. Kilka nawrotek dalej byłem już na Błoniach, z których widać było Kopiec Kościuszki. Przez całe Błonie niósł się głos dziewczyn, które dopingowały śpiewem na dziesiątym/trzydziestym kilometrze. Choć Bon Jovi na dwa żeńskie głosy nie brzmi zbyt ciekawie, to jednak jakoś udało się podkręcić tempo.
Następnym mocnym akcentem dopingowym był tunel pod Rondem Grunwaldzkim. To co się tam działo trudno opisać słowami. Przed tunelem zebrali się krakowscy Night Runners’i, a zaraz za nim grupa bębniarzy Sorrir Por Favor, którą było słychać już jakiś kilometr wcześniej i nikt za bardzo nie wiedział skąd się biorą te dźwięki. Bębny dawały takiego kopa energetycznego, że spokojnie można było pokonać jeden z dwóch podbiegów i nie myśleć o tym, że to najdłuższy prosty odcinek trasy. Dalej następne dwie nawrotki i most Kotlarski i już druga strona Wisły. Powoli zbliżał się półmetek pod Wawelem, gdzie znów kibice nie dawali zwolnić. I potem po raz drugi centrum, stadion Wisły, Błonia i nawrotki. Tak duża ilość nawrotek pozwalała kontrolować tempo i pozycję peacemakerów biegnących za mną bez nerwowego obracania się za siebie. Dopiero tutaj towarzystwo trochę się rozbiegło i mogłem usłyszeć panią z endomondo mówiącą, że ostatnie pięć kilometrów pokonałem w tempie 5:19, co dawało czas na mecie 3:47.  Na trzydziestym kilometrze rozdawano żele. No to wziąłem jeden na czarny kilometr. Może dwa punkty dalej postanowiłem go spróbować. Czegoś tak wstrętnego jeszcze w życiu nie spożywałem. Jakby ktoś zmieszał krówki z cukrem. Nie wiem jaki szatański pomiot wpadł na pomysł wyprodukowania żelu o takim smaku, nie wiem też kto o zdrowych zmysłach mógłby to dobrowolnie kupić ale jedno trzeba mu oddać: zadziałał jak powinien.
Ostatnie dwa kilometry biegu, od Wawelu przez ul. Grodzką aż do mety na rynku to jeden wielki doping kibiców. Duża w tym zasługa głównego sponsora – PKO, który obdarował kibiców trąbami i kołatkami, a ci używali ich zgodnie z przeznaczeniem.
Na metę wbiegłem z czasem 3:48:08. W najśmielszych marzeniach nie widziałem siebie z takim czasem.
Podsumowaniem może być tylko jedno słowo: jeden nieustający ciągły DOPING. Nie było kilometra, by nie stał ktoś gotowy do przybicia piątki. Takiej atmosfery na biegach życzę każdemu.

No i tradycyjnie parę zdjęć w naszej galerii.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Time limit is exhausted. Please reload the CAPTCHA.