8. Poznań Półmaraton

Recenzja przygotowana przez Aleksandrę Kaźmierczak

      Poznań Półmaraton 2015 to wydarzenie, w 11183089_890103647718967_729659153_októrym zdecydowałam się wziąć udział jeszcze w ubiegłym roku, choć bieganie jako rodzaj aktywności fizycznej nie było mi już obce. Swoją przygodę z tym sportem zaczęłam dwa lata temu, ale zawsze była to forma raczej relaksu i spędzania wolnego czasu niż współzawodniczenia. Aż tu nagle… przyszedł moment, w którym postanowiłam się sprawdzić i wystartować wraz z 8 tysiącami osób w poznańskiej “połówce” i zawalczyć o jak najlepszy czas (żeby nie powiedzieć o przeżycie 🙂  ….) .

     Dwa dni przed startem udałam się na Arenę w celu odebrania pakietu startowego zawierającego koszulkę, bon na “Pasta Party”, chipa do pomiaru czasu, worek do szatni i numer startowy z załączonym talonem na darmowe piwo po dotarciu na metę. Choć po odbiór pakietu udałam się w popołudniowych godzinach szczytu, wszystko przebiegało tak sprawnie, że nie było mowy o czekaniu w kolejkach.                                                            Piątek był także dniem rozpoczęcia Targów EXPO dla  uczestników i wszystkich zainteresowanych sprzętem sportowym, obuwiem, strojami czy odżywkami. Ciekawskich przy stoiskach nie brakowało, a największą atrakcją okazała się biała, materiałowa ściana, na której każdy miał możliwość nabazgrać kolorowymi markerami kilka słów od siebie 🙂

     W sobotę dzień przed startem postanowiłam skorzystać z bonu na “Pasta Party” i tu pojawiło się chyba jedyne rozczarowanie, kiedy owe “Party” okazało się łychą makaronu z sosem bolońskim lub pieczarkowym i butelką wody. “Party” bym tego nie nazwała 🙂 Wreszcie nadeszła długo oczekiwana przeze mnie niedziela – dzień biegu. Pogoda od rana nie zapowiadała się najlepiej. Słońce i przyzwoita temperatura na nic się zdały przy lodowatym wietrze, który wywoływał na skórze gęsią skórkę. Brrr…

     Później już tylko szybka toaleta, złożenie worka z rzeczami w depozycie, krótka wycieczka na linię startu z nerwowym spoglądaniem na zegarek, życzenia powodzenia ze znajomymi, powolne przesuwanie się tłumu i poszukiwanie baloników  pań peacemakerek z czasem 2:00. Trzy minuty do startu… a baloników z moim czasem nadal nie widać … dwie minuty….  tłum uczestników jakby nie ma końca… -dobra, nieważne…. ustawiam się za 1:50 i robię prędziutko rozgrzewkę.

     O czym myślałam w momencie startu? Nie miało to już znaczenia. W momencie kiedy tłum biegaczy ruszył do przodu nie miałam innego wyjścia jak biec do przodu i dać z siebie wszystko. Ludzie dopingujący uczestników na trasie byli naprawdę niesamowici! Zbiorowe oklaski i przybijanie piąteczek skutecznie odwracało uwagę od zmęczenia w nogach, które utrudniało bieg. Momentami nie sposób było się nie zaśmiać mijając rockowy band przebrany za zakonników, grający “Highway to hell”, czy też samego uczestnika biegu w stroju batmana. Wolontariusze dawali z siebie wszystko przy punktach odżywiania i prędziutko rozlewali wodę do kubeczków starając się nikogo nie pominąć. Wsparcie otoczenia było naprawdę ogromne i dawało mnóstwo sił do walki.

   Ostatnie kilometry były dla mnie walką o wymarzony czas. Kiedy dobiegając na metę spostrzegłam tablicę z czasem brutto 1:59:42, radość nie miała końca. Udało się. Naprawdę się udało.

     Zarzuciłam na siebie szybko koc termiczny, wręczono mi medal i różę. Mogłam w końcu odszukać znajomych i podzielić się wrażeniami. Tylko jak? Ogromna ilość uczestników na mecie była trochę przytłaczająca. Przedarcie się przez gęsty tłum okazało się nie lada wyzwaniem, a do tego telefon odmawiał posłuszeństwa poprzez brak zasięgu. Na szczęście im dalej, tym lepiej i tłok zaczynał się przerzedzać. Odnalazłam znajomych i stoiska z owocami, napojami, piwem i ciepłym posiłkiem. Przyszedł czas na zasłużony odpoczynek 🙂

     Podsumowując, uważam, że 8 Poznań Półmaraton był wspaniałym wydarzeniem. Nieliczne zastrzeżenia, które przedstawiłam powyżej to jedynie elementy, które warto byłoby poprawić w przyszłym roku. Zdecydowanie biorąc pod uwagę całokształt imprezy, na największy aplauz zasługuje atmosfera całego biegu tworzona zarówno przez uczestników jak i osoby dopingujące biegaczy na trasie. Dla tak wspaniale motywujących ludzi aż chce się biegać 🙂

30. Haspa Marathon Hamburg

RELACJA PRZYGOTOWANA PRZEZ adama chudzickiego

  Start w maratonie za granicą planowałem od dawna.280278_194568512_Medium Początkowo celem miała być Barcelona – byłem właściwie na 90% zdecydowany by tam pojechać. Ostatecznie w październiku, wybór padł na 30. Haspa Hamburg Marathon. Przekonał mnie bliski dojazd, szybka trasa oraz jubileuszowa edycja  imprezy. Wizyta była kolejną udaną biegową przygodą. Organizacja Hamburga przypomina trochę Poznań Maraton- baza maratonu mieści się na targach. Hamburg Masse przystosowane do maratonu, robiło wrażenie: rozbudowana strefa Expo, świetne zorganizowane biuro zawodów, itd.

    Plan na maraton jasny: poprawić życiówkę 2:44 z Łodzi z zeszłego roku. Celowałem w 2:42 i chciałem pobiec równym tempem cały dystans. Start punkt 9.00. Warunki ok: chłodno z lekką mżawką, ale bez wiatru co wg. mnie pozwalało podjąć realną walkę o dobry wynik.
Ilość kibiców na trasie po prostu nie do opisania, a krzyk dopingu przyprawiała o ciarki na ciele. Szczególne efektowny był odcinek który wypadał w okolicach portu w Hamburgu, jak i na ostatnich kilometrach. Mi osobiście biegło się dobrze. Poszczególne kilometry mijały równo. Półmetek w 1:20:59. Podobnie następne 10.  Na 32 km wiedziałem już, że będzie życiówka… Niestety ok 37 km zaczęły mnie łapać skurcze i musiałem się zatrzymać. Dawno mnie tak nie ścięło. Ilekroć się zatrzymywałem słyszałem głośne i serdeczne „Adam ziehen!” i gdy tylko próbowałem biec brawa. Nie był to pojedynczy przypadek – właściwie co parę metrów kibice zachęcali do walki i wspierali. Z takim zaangażowaniem jeszcze się na biegu nie spotkałem – niesamowicie motywujące uczucie!!! Ostatecznie marszobiegiem dotarłem do mety w czasie 2:49 – poniżej moich oczekiwań.  Nie robię jednak z tego tragedii – na jesień przecież znów szansa na rewanż.

    Oczami ( i nogami) uczestnika, oraz oczami Kasi jako kibica- możemy śmiało polecić każdemu ten maraton.  Nie jest to może tak topowa impreza jak Berlin, Paryż czy Nowy Jork (które znam tylko z opowieści) – jednak dopracowana w każdym calu. Biuro zawodów, strefa startu/mety, kibice, wolontariusze, szybka trasa-prowadząca ładnym miastem, medal – wszystko to sprawia, że do Hamburga chce się wracać.

I jeszcze kilka zdjęć z biegu.

42. Maraton Dębno

Relacja przygotowana przez Roberta Zielińskiego

   Dębno przywitało nas upalną jak na 42. Dębno Maratonpoczątek kwietnia pogodą. W sobotę temperatura w słońcu dochodziła do 25°C. Po dotarciu do biura zawodów odebraliśmy numery startowe i pakiety regeneracyjne wydawane przy rejestracji, a nie po biegu jak to zwykle bywa. Za to w pakiecie, oprócz standardowych rzeczy takich jak ulotki i regulamin organizator umieścił dwie butelki złotego napoju. W tym roku organizatorzy zrezygnowali z dodawania koszulki technicznej na rzecz bawełnianej.
Sobota była dniem biegów szkolnych i rodzinnych. Bardzo przyjemnie oglądało się biegi dzieciaków z okolicznych szkół. Walka trwała do samej mety, nikt nie rezygnował. Po przejściu fragmentu trasy udaliśmy się na salę gimnazjum, gdzie mieliśmy zapewniony nocleg. Z ogromnym rozbawieniem przyglądaliśmy się zawodnikom próbującym rozszyfrować przebieg trasy zamieszczonej w ulotce. Sami też nie daliśmy rady, biuro zawodów też nie.
Niedzielny poranek okazał się bardzo chłodny  6°C i lekki wiaterek, za to na niebie żadnej chmurki. Pogoda wręcz idealna. Na rozgrzewkę truchcikiem udaliśmy w kierunku startu. Nie pomogło, nadal było zimno, a musieliśmy wytrzymać jeszcze pół godziny. Jeszcze szybka wizyta w tojku i ustawiamy się w strefie startu. Dopiero teraz wyjaśniło się jak przebiegać będzie trasa: dwie małe  pętle przez miasto i dwie duże przez okoliczne wioski. Niezłe zapętlenie.
Po serii przemówień wreszcie START. Dwa tysiące dwustu biegaczy ruszyło. Odcinek miejski znany był nam z sobotniego spaceru. Przez pierwszą pętlę biegłem z Marcinem, na drugiej Marcin pobiegł po swój wynik, a ja musiałem rozruszać nogę. Po drugim okrążeniu trasa prowadziła w las kierunku Dargomyśla, potem Cychry i znów do miasta i tak jeszcze raz. Większość trasy przebiegała przez okoliczne lasy, co wcale nie pomagało – poza punktami z wodą nie było dopingu, na który tak liczyłem. Zwłaszcza na drugiej pętli, gdzie po 30 km w środku lasu zaczynało być po prostu nudno. No ale jeszcze kawałek przez miasto i już upragniona meta. Medal, folia do okrycia i już. Duma z ukończenia i satysfakcja z tego, że przebiegłem cały dystans, a treningi przyniosły efekt w postaci całkiem dobrego czasu: 4h4m. To mój pierwszy „płaski” maraton, więc moja ocena może być zawyżona.
Podsumowując, bardzo udana impreza na wysokim poziomie. Świetny doping mieszkańców Dębna i okolic. Na celującą ocenę zasługują uczniowie gimnazjum, którzy pomagali biegaczom na każdym kroku. Chciałbym jeszcze kiedyś tam pobiec i poprawić swój czas.

Kilka zdjęć z z biegu znajdziecie tutaj.