17 PKO Poznań Maraton

fb_img_1476528441200

Maraton, maraton i po maratonie.
Całe szczęście. Bo kto normalny biega tyle kilometrów po mieście? Okazuje się, że aż 7 tysięcy ludzi w podobny sposób zaplanowało sobie spędzenie niedzielnego przedpołudnia.
Poznański bieg był moim jedynym tegorocznym maratonem. W ubiegłym roku przebiegłem aż sześć maratonów, a w tym bałem się, czy w ogóle dotrę do mety. A plan na dotarcie założyłem sobie ambitny, bo miałem złamać 3h30m. To wymaga grzania przez 42 km w tempie 4.59 przy założeniu, że nie zwalniamy na punktach. A na tych nie sposób nie zwolnić, więc siłą rzeczy trzeba biec szybciej. Znając swoje możliwości przed maratonem nawet nie śniłem o zbliżeniu się do tego wyniku, ale wymyśliłem sobie szatański plan. Był prosty:  biec tempem 4.50 tak długo jak się da, a potem się zobaczy. Pomogli w tym kibice stojący przy trasie. W okolicach 12km zobaczyłem Renatę z mężem, Radkiem. Radek, chłop wielki jak stuletni dąb, kiedy zadął w trabę, to stojący obok ludzie skulili się ze strachu. Ależ to dało ognia! Mógłby tak przez całą trasę za mną trąbić.  Kawałek dalej, na rondzie pod Hetmańską znów kibice. Tu widzę Michała i agentów z KGB (Komornickiej Grupy Biegowej). Następnie mostem nad Wartą jeszcze gładko i potem dłuższy odcinek pod górę aż na, jak sama nazwa wskazuje położony na wzgórzu Górny Taras Rataj. Tutaj to już półmetek. Bez większego entuzjazmu stojących przy drodze ludzi. Po wybiegnięciu spośród bloków małe urozmaicenie: dość stromy zbieg aż nad brzeg jeziora Malta. Tam kolejny punkt żywieniowy i podbieg do ul. Warszawskiej. Tam, na 27 km wchłonęła mnie grupa biegnąca właśnie na mój wynik. Utrzymałem ich tempo do około 30km. Tutaj zakończył się mój plan. Po minięciu Katedry zacząłem stopniowo słabnąć, a ostatni podbieg na 34 km pokonałem już chyba siłą woli. Tu pomógł doping znajomych z ekipy gRUNwaldu. Ich „11 przykazanie – nie zatrzymuj się na ścianie” stanie się chyba hasłem przewodnim każdego maratończyka.
To już kultowe miejsce wśród biegaczy biorących udział w poznańskim maratonie.
Po minięciu 37 km tempo spadało momentami do 6.10. Po drodze niespodzianie pojawił się Marcin próbujący mnie podgonić, ale w czasie, gdy coś nie idzie po mojej myśli nie bywam zbyt rozmowny. Próbował mnie zmotywować tym, że zaraz wyprzedzi mnie Marek. Istotnie, wyprzedził mnie ale ja już nie myślałem o gonieniu go, tylko o tym by w końcu dotrzeć do celu.
Udało mi się jeszcze przyspieszyć przed samą metą i to było wszystko, co mogłem zrobić. Czas netto 3.41.40, o 11min gorszy od zakładanego. Źle? Skądże! Zważywszy na to, że przebalowałem pół sezonu, a pojęcie Wytrzymałość Tempowa zostało tylko na papierze, na którym wydrukowany mam plan treningowy. Najważniejsze, że po raz pierwszy nie miałem klasycznej ściany, tylko stopniowo zwalniałem.   Jest dobrze. Dobrze zapowiada się  też przyszły rok, na który mam już plan. W planie tym niewiele jest asfaltu…

fb_img_1476207203347