Maraton Twierdzy Poznań

Edycja zerowa Maratonu przeszła do historii!
Rozpoczęliśmy z małym opóźnieniem spowodowanym wizytą przedstawiciela mediów: p. Regulskiego z Radio Merkury. Wypytał nas szczegółowo, co nas popchnęło do tego czynu i jak wyobrażamy sobie nasz bieg. W idealnych, jak dla biegaczy warunkach pogodowych wyruszyliśmy w ilości siedmiu sztuk. Przy forcie Ia dołączyło do nas dwóch kolejnych zawodników i nadal nic nie zapowiadało zbliżającego się psikusa pogodowego. W okolicach jeziora Maltańskiego odłączył się od nas Michał, by w zaraz przy forcie III w jego miejsce pojawił się Zbigniew. Tutaj właśnie zaczęło padać – w końcu Lany Poniedziałek. Cały północny odcinek przebyliśmy w padającym deszczu, a mijały nas nawet auta ze sporą ilością śniegu na maskach i szybach, więc humory na chwilę nas opuściły. Lecz kiedy tylko minęliśmy jezioro Rusałka i pojawiliśmy się w rejonie fortu VII słońce przypomniało sobie o nas i ukazało swoje oblicze. Nagle wróciła moc i humory. W takich raźnych nastrojach kierowaliśmy się już ku końcowi podboju trasy. Jeszcze tylko przy forcie IXa odłączyło się dwóch biegaczy, którzy pognali do domu. Na mecie czekał już na nas pan Regulski z nieodłącznym mikrofonem, jakby niedowierzająca, że to może się udać. Na licznikach dumnie widniał przebyty dystans: 46 kilometrów! Dla niektórych były to jednocześnie debiuty, a to przebycie po raz pierwszy dystansu maratonu, a to dystansu ponad maratońskiego, jednym słowem CZAD!
Serdecznie dziękuję wszystkim za udział. Jest mi niezmiernie miło, że podjęliście wyzwanie. Do zobaczenia!.

3 Gdańsk Maraton

Gdańsk zdobyty. Na 3 Gdańsk Maraton był pot, krew i łzy, ale może od początku. Jako pierwszy w tym pięknym mieście zameldował się z rana Michał, który dał z siebie wszystko i wykręcił na dystansie 5km swój najlepszy tegoroczny czas zbliżając się do swojej życiówki, ale szczyt formy jak powiedział szykuje na sztafetę XLPL Ekiden. Z Dominikiem zameldowaliśmy się w Gdańsku popołudniu i po odebraniu pakietów i pysznej wyżerce w hali dla biegaczy odbył się koncert Mezo. Szok koncert wysłuchało zaledwie 50 osób, W tym mieście nie znają się na dobrej muzie, albo reklama jest na mizernym poziomie. My bawiliśmy się świetnie a po koncercie spotkaliśmy się z Mezo, który podpisał nam swoje płyty i nie tylko. Oczywiście porozmawialiśmy o swoich planach biegowych i o strategi na najbliższy start w niedzielę. Te spotkanie niewątpliwie dało nam moc w końcu Dominik zamierzał pokonać maraton z kontuzją (odbite żebra) a ja na po cichu liczyłem na życiówkę czyli zejść z 3.44 na 3.33.
Po wieczornej wycieczce po Gdańsku i uraczeniu się 1 piwkiem udaliśmy się grzecznie spać ;P . O 9.00 start i jazda. Temperatura 8*C czyli ideał ale niestety wietrznie. Ja po 1,5km dogoniłem pacemakerów na czas 3.30. Podłączyłem się do grupy i zamierzałem biec z nimi tak długo jak się da. Dominik na życiówkę nie liczył ale z bólem żeber ciągnął ambitnie do mety. Trasa mega piękna, Przebiegliśmy przez Stadion Energa Gdańsk, przez halę Europejskiego Centrum Solidarności, Długim Targiem koło fontanny Neptuna, po prostu po najpiękniejszych zakątkach Gdańska. Wiadomo maraton to wysiłek i pot. Kryzys dopadł Dominika na 25km ja miałem dość baloników na 35km ale daliśmy radę. Ja dzięki Michałowi który pojawiał się na rowerku i pilnował by się nie opierdalał i nie wymiękał. Jego obecność dawała mi siłę do walki i trzymania się kurczowo pacemakerów na 3.30. Dominik siłą woli ciągnął do mety. Gdy było już 1km do mety wiedziałem, że cuda się zdarzają wyprzedziłem czerwone baloniki i wbiegłem na metę nie wierząc w to co widzę na zegarze 3.28.55 – czas netto 3.28.22 życiówka poprawiona o 6 minut. Udało się i pierwszy raz na mecie oczy mi się jakoś spociły. Były łzy szczęścia nawet nie wiedziałem, że z takiej męczarni można się tak cieszyć. Po ochłonięciu i odebraniu medalu zdjąłem żółtą koszulkę, która dała mi moc. Po chwili Michał zauważył, że mam koszulkę z 2 plamami od krwi – kto biega ten wie skąd się wzięły. W poprzednich maratonach nie miałem takiej sytuacji. Dominik też dobiegł szczęśliwy, że mimo tak poważnej kontuzji pokonał tą wymagającą ale urokliwą trasę. Z Gdańska cała nasza trójka wróciła z tarczą. Żółte koszulki Lubońskiego Klubu Biegacza dają moc i kropka.

10 Poznań Półmaraton

Obudź się z determinacją zasypiaj z satysfakcją.

Tym jednym zdaniem można podsumować mój udział w tegorocznym 10 PKO Poznań Półmaratonie. Udział nieplanowany, bo dowiedziałem się o tym na dwa tygodnie przed startem. Po namowach klubowej koleżanki Eweliny, która wygrywa wszystko w każdym konkursie. Ba, ma nawet tyle szczęścia w życiu, że jeździ Alfą i ona, ta Alfa, się nie psuje. Taki fart to aż nadto, ale jak widać potrafi się nim z maluczkimi podzielić, a to się chwali.
Konkurs był prosty. Wystarczyło kupić izotonik 4MOVE w Biedronce i sfotografować się, jak to z nim przygotowujemy się do półmaratonu. Wyposażeni w butelkę płynu o kolorze koncentratu do chłodnic oraz aparat fotograficzny wykonaliśmy z żoną sesję na pobliskim wzgórku. Dołożyłem jeszcze swoje po długim wybieganiu w Wielkopolskim Parku Narodowym – na tym wyglądam jak wczesny Muammar Kadafi. Zdjęcia umieszczone na profilu fb sponsora i czekamy. Zainteresowanie nie było duże, wręcz znikome, bo na 20 pakietów do rozdania w ręce zwycięzców trafiło kilkanaście. W tym i do nas.
Teraz wystarczy przygotować się do biegu, którego nie miało się w planach. W niedalekiej perspektywie mam start w trochę dłuższym biegu Gwint Ultra Cross i niespecjalnie wiedziałem, jak pobiec ten półmaraton. Dystans niby nie duży, ale rozkład sił już należy planować. Po zastanowieniu stwierdziłem, że pościgam się, pobiegnę najlepiej jak się da, bo skoro ktoś zapłacił, abym ja płacić nie musiał, to nie po to, bym sobie urządzał niedzielny spacerek. No i, co równie ważne nie można przynieść wstydu Klubowi.
Pakiety odebrane już w piątek, przy okazji zwiedzanie expo i darmowe próbki cukru Dextro, ale o nim później.
Dowiezieni przez Marcina prawie pod sam start poszliśmy przygotować się do biegu. Pogoda jak marzenie. Z zapowiadanych 12 stopni póki co było tylko 0 i lekki wiaterek oraz bezchmurne niebo. Na dodatek, po zmianie czasu z zimowego na letni trzeba było wstać godzinę wcześniej, co dla mnie w niedzielę oznacza środek nocy. Niedawno przecież sam śmiałem się, jacy to zaspani będą ludzie na starcie, a tu proszę. Mówią, że karma wraca, ale jeśli ma wracać w postaci pakietu na bieg, to nie ma sprawy.
Na miejscu, w hali Międzynarodowych Targów Poznańskich już zdążył zebrać się spory tłum, ale chaosu nie było. Po dłuższych poszukiwaniach udało nam się znaleźć miejsce zbiórki Klubu. Tutaj już na „spokojnie” można było się przygotować. U mnie to prawie jak rytuał: buty, koszulka, słuchawki, rękawki – bo zimno, no i numer startowy. Wielki, w formacie A4 zakrywa cały brzuch, a w moim przypadku raczej zbiornik nieczystości stałych. Jeszcze tylko grupowe zdjęcie i udajemy się w swoje strefy startowe. Moja to strefa B: 1h30m – 1h39m. Założeniem było zmieścić się poniżej 100 minut. Tutaj rozeszły się drogi moja i reszty zawodników z Klubu. Ku mojemu zdziwieniu w strefie luźno, nie ma tłoku i jest sporo miejsca na rozgrzewkę, bo tej właśnie zabrakło od rana. Była nawet ładna pani prowadząca rozgrzewkę, ale tu ograniczyłem się tylko do uników, coby nie dostać w zęby podczas wymachów – aż tak luźno nie było. Przyszła też pora na odpalenie muzyki, którą ładowałem się od tygodnia. Wreszcie odliczanie i długo wyczekiwany start.
Sam bieg to była już czysta przyjemność. Zaraz po starcie ul. Grunwaldzką trasa skręcała w lewo obok nowego budynku Bałtyku w stronę Cytadeli, cały czas z górki. Tutaj dogonił mnie Marek, próbował coś rozmawiać, ale ja już byłem w swoim transie. Przez pierwsze trzy kilometry było za szybko, z każdym spojrzeniem na zegarek tempo wskazywało 4.10, czasem 4.00. Przez ul. Garbary już trochę zwolniłem. Zbliżał się punkt z wodą, w którym rozstawione były miski z wodą do zmoczenia się. Kto umie, ten się moczy – ja tylko zerwałem sobie z głowy słuchawki i musiałem się zatrzymać, żeby je poprawić. Po tej przygodzie Marek troszkę mi uciekł i chwilkę trwało, zanim go dogoniłem. No i zaraz kolejny wodopój, przed którym zjadłem wspomniany wcześniej cukier. Przydaje się on na krótszych dystansach, a działa w ten sposób, że nie czuć spadku mocy. Chciałem ten cukier popić wodą, ale nie umiem pić przy szybkim biegu i tylko pogniotłem sobie kubek na twarzy, oczywiście wcześniej oblewając się wodą. Na następnych stanowiskach był izotonik i tu było podobnie, z tym że nie oblałem się tak bardzo i nawet coś tam upiłem. Miałem teraz zajęcie na następne kilka kilometrów, bo klejące ręce w coś trzeba wytrzeć, a kibiców do przybijania piątek jak na lekarstwo. Oni też musieli wstać godzinę wcześniej. Po słynnych podbiegach na ul. Hetmańskiej i chłodzie wiejącym od cmentarza na Górczynie nadszedł czas na ostatnie kilka kilometrów na ul. Grunwaldzkiej. Tutaj, na nawrotce zobaczyłem, że Marek jest kilkaset metrów za mną. Pora jeszcze na zaprzyjaźnioną grupę kibiców z gRUNwaldu. To ludzie, którzy potrafią pogonić do biegu w największym nawet kryzysie.
Przede mną już tylko ostatnia prosta do mety. Sama meta usytuowana była w hali i sam pomysł był świetny, jednak po wbiegnięciu do dusznego pomieszczenia momentalnie mnie odcięło. Ostatnie metry po czerwonym dywanie trwały całą wieczność. I wreszcie koniec. Czas 1.33.36. Dałem z siebie wszystko, co mogłem tego dnia. Po kilkuminutowym odpoczynku udałem się po medal. Ten niemal urwał mi głowę. Niewielki, ale ciężki kawał żelastwa dawał wrażenie wysokiej wartości nagrody za udany bieg. 235g żywej wagi. Chyba najcięższy w mojej kolekcji.
Podsumowując uważam bieg za bardzo udany, tym bardziej, że nie miałem doń żadnego przygotowania. A życiówkę wyśrubowałem na taki poziom, któremu ciężko będzie mi dorównać. Relacje napisał Robert Zieliński