Rawicki Festiwal Sportu 24H Sztafeta Biegowa

W dniach 20-21 maja ośmioosobowa drużyna Lubońskiego Klubu Biegacza brała udział w 24 godzinnej sztafecie rozgrywanej w ramach Rawickiego Festiwalu Sportu. Zajęliśmy tam po ciężkiej walce 17. lokatę. Przez równą dobę walczyliśmy z pogodą, zmęczeniem i przeciwnościami losu. A było to tak…

Skład naszej sztafety ostatecznie ustalił się na niedługo przed wyjazdem i prezentował się następująco: Michał Mielcarek w roli kapitana, Marcin Meller, Robert Zieliński, Marek Siuda, Dominik Pochylski, Sławek Budziszewski, Jacek Kamiński oraz Arek Bednarski. Mieliśmy jeszcze dwóch nieocenionych pomocników, ale o nich później.
W Rawiczu pojawiliśmy się przed południem. Sprawnie odebraliśmy przydzielony nam boks oraz pakiety startowe, w których skład wchodziły: worek, koszulka, buff, czapka no i oczywiście numer startowy. Na bogato. Do godziny 14, czyli pory startu zostało niewiele czasu, więc Michał jako rozpoczynający musiał przygotować się najwcześniej. W przeciwieństwie do naszych sąsiadów, grupy Stalowe Łydy z Lubonia, nie mieliśmy żadnej specjalnej strategii. Stalowe Łydy to najszybsze nogi Lubonia – połączone siły SPP Team oraz Lucky Luzers. Oni mieli cel utrzymać się w czołówce, my zaś utrzymać się. Postawiliśmy zmieniać się wg kolejności przyznanych nam numerów startowych. Wybiła w końcu godzina 14 i zaczęła się całodobowa zabawa w bieganie. Kiedy Michał wystartował część z nas poszła mu kibicować, część została w boksie, zaś jeden z nas udał się na przeszpiegi. Tu jedna ekipa miała masażystę, tam inna zestawy do wałkowania, a sąsiedzi własny bulbulator do wody oraz więcej chemii, niż nasze żony mają w kuchniach. Czyste zawodowstwo. Po ocenie przeciwników stwierdziliśmy, że zwycięstwo jest praktycznie w kieszeni. Nie wiedzieliśmy jednak w czyjej i jak je stamtąd wyrwać. Zapadła profesjonalna  decyzja: idziemy na żywioł, dajemy z siebie wszystko, a potem się zobaczy. Trasa okrążenia wiodła przepięknymi rawickimi plantami. Są to parkowe alejki wytyczone na wałach okalających starówkę w formie prostokąta o długości 2,8 km. Zadrzewione, więc nie przeszkadzał nam w biegu dość silny północny wiatr. Nękał nas on jednak dość skutecznie na terenie miasteczka biegowego. Na szczęście pod koniec dnia trochę odpuścił. Wtedy też, po kilku już zmianach znaliśmy swoje miejsce w szeregu. Sąsiedzi, Stalowe Łydy byli na drugim miejscu. My na drugim od końca. Z tej okazji powstało nawet hasło motywujące: Odwróć tabelę, Luboń na czele!  Jako, że z ludźmi biegającymi dwa razy szybciej od nas nie mieliśmy większych szans, nabraliśmy przekonania, że co nie nabiegamy, to na wyglądamy. A te nasze żółte bojowe barwy widać było z daleka. Za każdym razem, kiedy konferansjerka wymieniała nazwy drużyn, podczas wyczytania naszej robiliśmy taki hałas, że zostaniemy na długo zapamiętani jako najgłośniejszy zespół. Mieliśmy trąby i kołatki i nie wahaliśmy się ich użyć.
W pewnym momencie ze sceny padł komunikat, że jutrzejszy gość główny imprezy, Mezo chciałby pobiec w sztafecie. Po szybkiej wymianie maili z wysłanym na zachętę załącznikiem w postaci filmu z rozgrzewki Prezesa jest odpowiedź! Mamy w drużynie Mezo! Tak, tego Mezo. Umówiliśmy się na cztery okrążenia w tempie treningowym 4:30. Na razie trzymaliśmy naszą niespodziankę w tajemnicy. Kiedy zrobiło się ciemno zapadła decyzja o bieganiu po dwa okrążenia na zmianę, tak by reszta mogła choć trochę się przespać. Na tę okazję mieliśmy przygotowany namiot. Organizator zapewnił salę, jednak do namiotu jest bliżej, a obok sali knajpa i weekendowy hałas. W nocy obok namiotu ktoś się nawoływał, tak że spać się nie dało.
Przez chwilę jeden z nas miał zamiar w krótkich żołnierskich słowach powiedzieć temu komuś, by był cicho i sobie poszedł, ale dwa boksy od nas stacjonowała ekipa rawickiej policji i nikt nie miał zamiaru spędzić reszty nocy w najbardziej rozpoznawanym miejscu w Rawiczu, a oddalonym od nas o jakieś 50 metrów. Jakoś udało się przetrwać. To był najtrudniejszy czas tej sztafety. Jeśli ktoś chce zobaczyć jak to jest, to niech po zakończeniu wieczornego treningu pójdzie w biegowych ciuchach spać, wstanie po dwóch godzinach snu, pobiegnie 5, 6 km na 100%, położy się znów i po kolejnych dwóch godzinach to samo. Dosyć to męczące. Jednak noc minęła szybko i wkrótce nastał niedzielny poranek, a wraz z nim słońce i nowe możliwości. Stalowe Łydy spadły na trzecie miejsce, jednak utrzymywali bezpieczną przewagę nad kolejną ekipą: policjantami z Rawicza.  My też utrzymaliśmy przewagę nad ostatnim zespołem, ale otworzyła się przed nami szansa przeskoczenia o oczko wyżej. Pojawił się bowiem krewniak naszych klubowych braci: Sławek. Świeży, wypoczęty, wyspany we własnym domu zaczął nam wykręcać czady okrążeń po 10 minut, podczas gdy większość naszych wyników po nocy oscylowała w granicach 11 – 12 minut. Czołówka okrążenie robiła średnio w minut 8. Przepaść czasowa. Około południa pojawił się nasz skrywany od wczoraj zawodnik: Mezo. W tym momencie zaczął się prawdziwy show. Nasz show. Jeżeli ktoś miał jakiś inny pomysł na pokazanie się, to przy naszym po prostu musiał się poddać. Zdjęcia, przemówienia, autografy. Na wizyty w zakładach pracy przyjdzie jeszcze czas. Ten zastrzyk świeżej energii wraz z piękną słoneczną pogodą postawił na na nogi do tego stopnia, że zaczęliśmy biegać w tempie zbliżonym do wczorajszego. Mezo wywiązał się z obietnicy, pobiegł w swoim treningowym tempie 4:30 trzy okrążenia. Sławek pomógł nam swoją obecnością, o czasach już nie wspominając. To dzięki niemu zaczęliśmy myśleć o wskoczeniu oczko lub dwa wyżej w tabeli wyników. Nagle byliśmy w stanie opracować strategię, ocenialiśmy kogo wystawi konkurencja – wszystko niczym zawody konne. Podjęliśmy decyzję: albo walczymy do końca, albo się pakujemy. Ostatnia zmiana to było czyste szaleństwo. Zawodnik z drużyny „Nam się nigdzie nie spieszy” wyruszył na swoją ostatnią zmianę kilkanaście sekund przed Markiem. Czekaliśmy na Arka, ten wpadł do strefy zmian z czasem 10m16s. To jego trzeci najlepszy czas tej doby!  Pałeczkę przejmuje odpowiednio przez nas zmotywowany Marek i rusza w pościg za rywalem. W czasie ostatniego okrążenia kończy się czas. Minęły 24 godziny. Jesteśmy jedną z trzech drużyn z tą samą liczbą okrążeń i tylko od kolejności pojawienia się na mecie zależy nasz wynik. Po kolei meldują się zawodnicy z innych drużyn, a my czekamy. Wreszcie są. Pierwszy, drugi. Marka nie widać. Pojawia się po chwili i już wiemy, że zajmujemy 17. miejsce. Okrążyliśmy rawickie planty 111 razy w czasie 24g08m33s. Pokonaliśmy dystans 310km800m. Czy to źle? Skąd! Jesteśmy z naszego wyniku dumni. Jesteśmy dumni, że daliśmy radę w ośmiu plus goście. Że wszystko odbyło się w pełnej zgodzie i z nastawieniem na zabawę. Jesteśmy też dumni z wyniku naszych sąsiadów. Stalowe Łydy zajęły wysokie trzecie miejsce. To nasi dobrzy znajomi, razem biegamy, pracujemy i wspólnie motywujemy się do rywalizacji.
A po zakończeniu biegu otworzyliśmy zakupionego wcześniej szampana, odśpiewaliśmy toast i znów byliśmy najgłośniejsi. Obiecaliśmy sobie też, że w przyszłym roku naprawdę powalczymy.

Tak to było. Całodobowa sztafeta w okrojonym składzie to nie lada wyzwanie. To inny rodzaj biegania. To trzeba po prostu przeżyć.

Recenzja Przygotowana Przez Roberta Zielińskiego 😀

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Time limit is exhausted. Please reload the CAPTCHA.