3 bieg Szpot Swarzędz, czyli jak ilość nie zawsze idzie w parze z jakością…

Byłem w Swarzędzu w ubiegłym roku i jedyne co zapamiętałem z całej imprezy, to potworny ścisk na mecie w kolejce za wydaniem medalu. I losowanie! Wygrałem koszulkę Castrol w rozmiarze 2XL – nawet na ojca zbyt duża 🙂 Zapewne nie wystartowałbym w tym biegu ponownie, gdyby nie to, że w tegorocznej edycji biegu startowało kilkunastu klubowiczów i impreza zapowiadała się na ciekawy klubowy wypad. Dodatkowym, a może głównym, czynnikiem, który skłonił mnie do ponownego startu w Swarzędzu był fakt, że w biegu chciała wystartować Ania – po to, by spróbować pobić tam swoją życiówkę z ubiegłego roku z Rakoniewic.

Zapewne znajdą się osoby, które stwierdzą, że w swojej relacji sporo przesadzam, ale tak naprawdę nie wymagam wiele od biegu. Chcę przyjechać do miasta, nacieszyć się biegową atmosferą, pokonać trasę, może coś zjeść i wrócić do domu. W wielkim skrócie tak było w Swarzędzu, jednak znalazły się rzeczy, które ten sielankowy obraz zaburzyły.

10170847_778781188820144_479619245916158558_n

Sam początek imprezy zapowiadał się bardzo obiecująco. Do Swarzędza jechaliśmy razem z Marcinem, jego kolegą, a po drodze wjechaliśmy po Anię. Ponieważ Marcin bardzo dobrze znał Swarzędz, udało nam się dotrzeć do biura zawodów bocznymi uliczkami, unikając głównych, zapewne zatłoczonych ulic. Wjeżdżamy na parking… a tam ogromny zielony teren wielkości ponad dwóch boisk piłkarskich do dyspozycji samochodów. Na miejscu byliśmy po godzinie 9, a jak na tak późną porę, zaparkowanych było niewiele aut. Nie tracąc czasu udaliśmy się do biura zawodów.

10368226_744285058955116_8050767672827746116_n

Podobnie jak w ubiegłym roku, biuro znajdowało się na hali sportowej. Tym razem organizatorzy zrezygnowali z wystawy rowerów w centralnym miejscu, udostępniając praktycznie całą powierzchnię hali biegaczom. Już w samym wejściu wypatrzyłem klubowiczów, szybkie przywitanie i marsz po pakiet. Biuro zawodów, mimo obsadzenia bardzo młodymi osobami, pracowało bardzo sprawnie – otrzymaliśmy pakiet startowy, numer oraz niezbędne informacje. Wróciliśmy do auta, aby się przebrać i tam zanotowałem pierwszy minus – pakiet kolegi Marcina (który ostatecznie przypadł w udziale mnie – przez pomyłkę :)) – był wybrakowany. Brakowało „najcenniejszych” gadżetów, czyli frotki, opaski na telefon i (jak się potem okazało) talonów na saneczki 🙂 Po późniejszej lekturze relacji z imprezy dowiedziałem się, że nie był to jedyny przypadek – organizatorzy nie zadbali o to, aby wszystkie pakiety były odpowiednio przygotowane.

IMG_4535

Pogoda była bardzo w kratkę, więc przebraliśmy się dość szybko i powróciliśmy na teren hali, gdzie było tłoczno, ale za to ciepło. Gdy nadszedł czas na przedbiegową toaletę okazało się, że kolejki do ubikacji ciągną się w nieskończoność – można to było przewidzieć. Niestety zabrakło w okolicy biura dodatkowych toi-toi – był jeden, przed wejściem, do którego kolejka była jeszcze dłuższa 🙂 Dodatkowe toi-toie były, owszem, jednak w okolicy startu i podejrzewam, że w czasie „toaletowego przesilenia” stały nieużywane.

DSC_5996

Na starcie powitał nas głos znanego wszystkim komentatora. Strefa startu baaaaardzo długa, każdy spokojnie mógł zająć odpowiednie miejsce. Podobno były wyznaczone strefy. Piszę „podobno„, ponieważ ja nic nie widziałem – może dlatego, że specjalnie nie zwracałem na to uwagi. Celem był bieg z Anią na około 57 minut, więc ciężko w moim przypadku rozpatrywać to w ramach treningu – nawet po półrocznej kontuzji. W związku z tym zajęliśmy miejsce mniej więcej w drugiej połowie stawki, razem z Radkiem i Anią. Plan był taki, aby biec wspólnie, ale każdy dobrze wiedział, że nasze Anie miały do wyrównania rachunki z Rakoniewic 😀

DSC_6227

Już na starcie zauważyliśmy bardzo ciekawy patent wśród jednej z biegających par – wstążka. Obie połówki ściskały wspólnie wstążkę, która nie pozwalała na wzajemne zgubienie. Na pewno skopiujemy to z Anią przy najbliższej okazji.

Stoimy już w strefie, Ani robi się gorąco… zdejmuje swoją kurtkę, daje ją mnie, a w zamian oddaję jej swoje rękawki. Super – kolejny bieg z kurtką w ręku – mam już w tym wprawę 🙂

10, 9… 3, 2, 1 – strzał z armaty, krok do przodu i… dwa kroki w tył – ściana 🙂 Marsz do linii startu zajął nam blisko dwie minuty – no ale można było się tego spodziewać. Kilka sekund po właściwym starcie do moich uszu dobiegło typowe narzekanie: „Strefy nie potrafią dobrze zająć i teraz musimy ich wyprzedzać„, zawsze mnie to bawi – zwłaszcza jak tupiemy razem a Anią, atakując „z końcówki” 🙂

Trasa zapowiadana jako szybka, wcale taka nie była. Wymagająca – owszem, jednak nie szybka. Dla mnie szybka trasa powinna być przede wszystkim płaska – tego w Swarzędzu zabrakło. Zapewne osoby, które walczyły o mocniejsze życiówki ostro dostały w kość na podbiegach. Już pierwszy z nich (a może drugi) mocno wszedł w oddech Ani, która od drugiego kilometra zaczęła świszczeć jak świętej pamięci lokomotywa parowa do Wolsztyna. Jednak silna głowa i moje towarzystwo nie pozwalało jej zwalniać tempa, które założyliśmy na 5:35/kilometr.

DSC_6256

Pierwsze kilometry dość równo – biorąc pod uwagę oznaczenie kilometrów, a nie pomiar z Garmina. Wychodziło nieco poniżej 5:35/km, czyli życiówka wisiała w powietrzu. Niestety tego dnia (podobnie jak w dniach poprzednich), Ania nie była w najlepszej dyspozycji – ból brzucha i coś tam jeszcze (jak u dziewczyny) sprawiły, że bardzo szybko się męczyła – zwłaszcza na licznych podbiegach.

Niestety nie pomagali również kibice. Co prawda można ich nieco usprawiedliwić ze względu na pogodę, jednak braliśmy udział w mniejszych biegach rozgrywanych w mniejszych miastach (a nawet wsiach), gdzie na ulice wychodziły tłumy kibiców. W Swarzędzu było bardzo spokojnie.

W tłumie biegaczy też dość cicho. Do Ani nie odzywałem się praktycznie od 2 kilometra, ponieważ nie chciałem jej dodatkowo męczyć – wiedziałem, że nie jest jej łatwo. Skupiałem się tylko na utrzymaniu równego tempa, co w tym roku weszło mi już w krew – byłem zajączkiem Ani na Ekonomicznej Piątce i zajączkiem chłopaków podczas Półmaratonu w Poznaniu – we wszystkich biegach padały życiówki, więc z powierzonego zadania wywiązałem się wzorowo – chociaż niektórzy mają pretensje, że tempo było za szybkie 🙂

DSC_6262

Zbliżamy się do półmetka – 5 kilometr i punkt odżywczy. Za nami nie było już Ani i Radka – jak się później okazało, Ania źle się poczuła i musiała na chwilę się zatrzymać. Punkt odżywczy był ustawiony po obu stronach trasy. Był dość długi jednak… pusty. Zapytałem Anię czy chce wodę, kiwnęła głową – w zasadzie nie wiem czy był to znak „na tak” czy „na nie” 🙂 Przyspieszyłem, aby złapać resztki wody, które zostały na ostatnim ze stołów. I kolejny minus – brak wystarczającej ilości wody, a może zbyt mało osób na punktach? Do końca nie wiem, jednak czytałem relację, w której opisano sytuację, gdzie jeden z zawodników sam nalewał sobie wody do kubeczka – no proszę! 🙂

Matę piątego kilometra minęliśmy równo w 30 minut. Mając na uwadze 2 minuty zapasu związane ze starem, dawało to około 28 minut, więc 56 minut na mecie – jak na początkowe założenia Ani – rewelacja. Jednak do tego momentu było coraz gorzej.

DSC_6301

Łyk wody nieco orzeźwił Anię, jednak perspektywa powrotu do centrum i zaliczenia kolejnych podbiegów na pewno nie napawała optymizmem. Tempo stopniowo spadało – na siódmym kilometrze traciliśmy już ponad 10 sekund do założonego. Wszystko co wypracowaliśmy dotychczas zostało stracone, a planów na przyspieszenie nie było – przynajmniej ze strony Ani. Postanowiłem wówczas nieco mniej kontrolować jej pozycję za moimi plecami (chociaż cały czas było ją słychać – hehe) i delikatnie przyspieszyć, aby wrócić do początkowego tempa. Udało się to już na kolejnym kilometrze, który pokonaliśmy równo w 5:35 – wracamy do gry. W międzyczasie dotarła do nas informacja – na szczęście nie do końca prawdziwa – że Ania zasłabła na trasie. Wiedzieliśmy, że był z nią Radek, więc nic złego nie mogło jej się stać.

Kolejny kilometr, mimo że dosyć płaski wypadł wolno – powyżej 5:40 – cały czas balansowaliśmy na granicy rekordu życiowego Ani. Zbliżając się do 9 kilometra chciałem wskazać Ani na tabliczkę i delikatnie zasugerować, aby przyspieszyć – tabliczki jednak nie było.

IMG_4515

Pojawiła się dopiero po około 200 metrach od, moim zdaniem, właściwego miejsca. Nieco zasmuciło to Anię, którą ponad minutę wcześniej zapewniałem, że to już ostatni kilometr. Nie ukrywam, że przez chwilę sam zwątpiłem zwłaszcza, że celowo „mocno” przyspieszyłem. Nie chciałem, aby wysiłek Ani poszedł na marne – idziemy na całość! Na ostatnim kilometrze było już zdecydowanie więcej kibiców – do tego pojawili się rodzice Ani, którzy dali jej dodatkowego kopa. I odziwo – moja królewna do mnie przemówiła! 🙂 A raczej opieprzyła, krzycząc „Staram się„, na moją propozycję długiego finiszu.

Wbiegamy na stadion. Nie tak wyobrażałem sobie „finisz na bieżni” zapowiadany przez spikera. W głowie miałem 400m tartanu i rundę honorową jak na olimpiadzie. Okazało się, że 400 metrów było, ale nierównej, miejscami rozmoczonej i grząskiej drogi. Pomijam fakt, że było tam dosyć ciasno i biedna Ania, zamknięta przy wewnętrznej krawędzi „bieżni” nie miała możliwości na wyprzedzenie innych biegaczy.

IMG_4593

Ostatni wiraż, Ania coraz mocniej przyspiesza. Na ostatniej prostej wyciąga do mnie rękę – nie wiem czy miała już dość i chciała, żebym ją przeciągnął na metę, czy po prostu chciała ten bieg ukończyć wspólnie. Wcześniej nie miała tego w zwyczaju – ostatnie 20-30 metrów w jej wykonaniu było biegiem „w trupa” i nie oglądanie się na mnie. A ja, biedak pełniący zazwyczaj rolę tragarza (bluza, krótka, opaska, rękawiczki – jeszcze tylko butów nie niosłem na zawodach!) – mogłem tylko patrzeć na jej plecy.

10346305_744289068954715_2724037903984069588_n

No, ale w końcu jesteśmy na mecie – udało się. Nie zdążyłem nawet ucałować nowej rekordzistki, a już zostaliśmy przepędzeni na zewnątrz stadionu. Z jednej strony to rozumiem, jednak kilka sekund na dojście do siebie po wysiłku fizycznym wielkich korków powodować nie powinno – niestety organizatorzy i spiker byli innego zdania. Po wyjściu ze stadionu patrzę na zegarek i pytam Anię o poprzedni wynik – udało się, jest życiówka! Jak się później okazało, kluczowy był ostatni kilometr, na którym urwaliśmy praktycznie tyle, o ile Ania pobiła poprzedni rezultat – super.

Po otrzymaniu medalu – bliźniaczego do tego z poprzedniej edycji, zjedliśmy jabłko, napiliśmy się wody i spotkaliśmy z Marcinem, Anią i Radkiem. Następnie rozpoczęliśmy poszukiwania grubszego jedzenia. Dojście na stołówkę nie było oznakowane (a może nie widzieliśmy). Chociaż nie – nie było oznakowane, bo dotarliśmy tam prawie po 1,5h od startu, a na miejscu było sporo wolnych miejsc. Ciasno zrobiło się dopiero po około 15-20 minutach, gdy większość osób dotarła na miejsce. Szybko wytworzyły się spore kolejki po kiełbasę i bułkę, które były całkiem dobre.

Po jedzeniu nie czekaliśmy już na dekorację i losowanie, tylko szybko wróciliśmy do domu, aby uniknąć problemów z wyjazdem i mieć coś jeszcze z dnia.

Podsumowując bieg:
Plusy:

  • dużo miejsc parkingowych,
  • sprawne biuro zawodów,
  • długa strefa startu.

Minusy:

  • wybrakowane pakiety startowe,
  • zbyt mała liczba toalet w okolicy biura zawodów,
  • braki w wodzie na punkcie odżywczym,
  • mała liczba kibiców (za to organizatorzy nie odpowiadają),
  • błędnie oznaczony 9 kilometr – jeśli ktoś biegł w oparciu o międzyczasy według tabliczek mógł się nieźle zakręcić,
  • beznadziejny stan „bieżni” na ostatnich metrach,
  • przepędzanie, tak przepędzanie biegaczy przez organizatorów ze strefy mety,
  • kiepskie (lub żadne) oznakowanie dojścia do stołówki,
  • przeciętny medal – powtarzający się motyw w każdej edycji.

Czy wrócę do Swarzędza za rok? Na pewno nie – zwłaszcza, że organizatorzy planują podbicie frekwencji do 5000 osób. W ubiegłym roku było ciasno, w tym roku większość minusów wynika również ze słabego przygotowania do takiej liczby uczestników. Mocno obawiam się tego, co będzie w przyszłym roku. Bieg klasyfikowałbym podobnie jak Maniacką Dziesiątkę – nic specjalnego, coraz większa masówka, która z roku na rok, w mojej opinii, traci na jakości.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Time limit is exhausted. Please reload the CAPTCHA.