3 Gdańsk Maraton

Gdańsk zdobyty. Na 3 Gdańsk Maraton był pot, krew i łzy, ale może od początku. Jako pierwszy w tym pięknym mieście zameldował się z rana Michał, który dał z siebie wszystko i wykręcił na dystansie 5km swój najlepszy tegoroczny czas zbliżając się do swojej życiówki, ale szczyt formy jak powiedział szykuje na sztafetę XLPL Ekiden. Z Dominikiem zameldowaliśmy się w Gdańsku popołudniu i po odebraniu pakietów i pysznej wyżerce w hali dla biegaczy odbył się koncert Mezo. Szok koncert wysłuchało zaledwie 50 osób, W tym mieście nie znają się na dobrej muzie, albo reklama jest na mizernym poziomie. My bawiliśmy się świetnie a po koncercie spotkaliśmy się z Mezo, który podpisał nam swoje płyty i nie tylko. Oczywiście porozmawialiśmy o swoich planach biegowych i o strategi na najbliższy start w niedzielę. Te spotkanie niewątpliwie dało nam moc w końcu Dominik zamierzał pokonać maraton z kontuzją (odbite żebra) a ja na po cichu liczyłem na życiówkę czyli zejść z 3.44 na 3.33.
Po wieczornej wycieczce po Gdańsku i uraczeniu się 1 piwkiem udaliśmy się grzecznie spać ;P . O 9.00 start i jazda. Temperatura 8*C czyli ideał ale niestety wietrznie. Ja po 1,5km dogoniłem pacemakerów na czas 3.30. Podłączyłem się do grupy i zamierzałem biec z nimi tak długo jak się da. Dominik na życiówkę nie liczył ale z bólem żeber ciągnął ambitnie do mety. Trasa mega piękna, Przebiegliśmy przez Stadion Energa Gdańsk, przez halę Europejskiego Centrum Solidarności, Długim Targiem koło fontanny Neptuna, po prostu po najpiękniejszych zakątkach Gdańska. Wiadomo maraton to wysiłek i pot. Kryzys dopadł Dominika na 25km ja miałem dość baloników na 35km ale daliśmy radę. Ja dzięki Michałowi który pojawiał się na rowerku i pilnował by się nie opierdalał i nie wymiękał. Jego obecność dawała mi siłę do walki i trzymania się kurczowo pacemakerów na 3.30. Dominik siłą woli ciągnął do mety. Gdy było już 1km do mety wiedziałem, że cuda się zdarzają wyprzedziłem czerwone baloniki i wbiegłem na metę nie wierząc w to co widzę na zegarze 3.28.55 – czas netto 3.28.22 życiówka poprawiona o 6 minut. Udało się i pierwszy raz na mecie oczy mi się jakoś spociły. Były łzy szczęścia nawet nie wiedziałem, że z takiej męczarni można się tak cieszyć. Po ochłonięciu i odebraniu medalu zdjąłem żółtą koszulkę, która dała mi moc. Po chwili Michał zauważył, że mam koszulkę z 2 plamami od krwi – kto biega ten wie skąd się wzięły. W poprzednich maratonach nie miałem takiej sytuacji. Dominik też dobiegł szczęśliwy, że mimo tak poważnej kontuzji pokonał tą wymagającą ale urokliwą trasę. Z Gdańska cała nasza trójka wróciła z tarczą. Żółte koszulki Lubońskiego Klubu Biegacza dają moc i kropka.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Time limit is exhausted. Please reload the CAPTCHA.