Zapraszamy do relacji Andrzeja z 18. Maratonu Poznańskiego

Pięć lat temu kolega przebiegł maraton. Pogratulowałem mu i patrzałem na niego jak na półboga. Czas miał taki sobie, ale nie robiło mi to różnicy, bo po prostu nie rozumiałem, jak można tyle biegać, kiedy można podjechać rowerem (bo wtedy rower rządził u mnie niepodzielnie).

Dwa albo trzy lata temu rozmawiałem z Markiem. Marek też przebiegł maraton. Ale na niego patrzałem już tylko jako na ćwierć-boga. Pewnie dlatego, że miałem już zaliczoną jedną czy dwie lubońskie dychy.

Zawsze podziwiałem maratończyków. Nie tyle nawet za wysiłek fizyczny, ile za to że tak „biegajo i biegajo i im się nie znudzi”. Bo to w głowie leżał główny problem. Dycha raz w roku to było wyzwanie, półmaraton był abstrakcją, maraton – nawet nie wiem, jak nazwać.

Aż nadszedł rok 2017 – rok, w którym zacząłem zadawać się z wariatami z LKB i w którym w związku z powyższym postanowiłem realizować niektóre swoje sportowe marzenia. Półmaraton przebiegłem, poprawiłem życiówkę na 10 km, w ogóle polubiłem bieganie i coraz częściej pokonywałem długie dystanse, nie umierając przy tym na mecie. Dlatego też pojawiła się myśl: jak nie teraz, to chyba nigdy! Dlatego też już w czerwcu (chyba) czyhałem na rozpoczęcie zapisów do 18 PKO Poznań Maraton i zapisałem się od razu pierwszego dnia. Od tego czasu zaczęła się Operacja Maraton.

Przygotowania były trochę amatorskie i pewnie popełniłem w nich mnóstwo błędów. W ciągu dwóch miesięcy przed maratonem zrobiłem ok. 10 długich wybiegań, ileś krótszych treningów, do tego dochodziły starty w zawodach, w tym w dwóch półmaratonach. Jak na mnie to dużo, bo ja w ogóle nie robię zbyt wielu kilometrów. Rower poszedł w odstawkę, nad czym nieco ubolewałem. Ale jakiś koszt musiał być.

W ostatnim tygodniu przed biegiem zaczęły się tzw. schizy. – „Cześć Andrzej, mamy salę na LOSiR. Pograsz? – Nie, nie chcę złapać kontuzji przed maratonem.” A może tak na rower w czwartek przed biegiem? Nie, wieje, jeszcze mi coś spadnie na głowę ( to nic, że normalnie jeżdżę prawie w każdych warunkach). Zimne piwo przy meczu Lecha w piątek? Nie, jeszcze się przeziębię. Z synem na basen w sobotę? Ok, ale ze zjeżdżalni będę korzystał rzadziej. Cholera, niech ten maraton wreszcie będzie. I żebym nie zaspał. I żeby samochód odpalił. I żeby parkingi wszystkie nie były zajęte. No!

Nie zaspałem, odpalił, nie były zajęte . Ok. godziny 8.40 udałem się do swojej (powiedzmy…) strefy i przez godzinę i 10 minut wraz z innymi zawodnikami patrzałem, jak ekipa rozgrzewkowa wygina śmiało ciało i wyrabia nadgodziny. Nie zazdrościłem spikerowi zawodów., który musiał robić dobrą minę do złej gry i jakoś odwrócić uwagę zawodników od organizacyjnej wtopy, którą niewątpliwie było 50-minutowe opóźnienie startu. Ja też nie byłem spokojny. Nie podobało mi się tkwienie w strefach. Nikomu się nie podobało.

Wreszcie firma ochroniarska poustawiała barierki i nauczyła swoich pracowników języka polskiego (bo podobno wcześniej nie umieli). Bardzo to wszystkich ucieszyło. Trzy, dwa, jeden – i „Rydwany ognia”. Kocham ten utwór.

Moim celem na ten bieg był czas w granicach 3.30-3.40. Ale nie do końca. Ponieważ nigdy nie biegłem na takim dystansie podczas zawodów – nie wiedziałem, jak zachowa się organizm, co to jest ściana, co się stanie po 30 km – liczyłem się z tym, że będzie inaczej niż sobie to wymarzyłem i że trzeba to będzie przyjąć z pokorą. No, ale na razie biegniemy i jest super.

4.40– 4.50. Takie jest tempo pierwszych kilometrów. To trochę za szybko, ale założyłem, że na pierwszej, łatwiejszej połowie maratonu wyrobię sobie jakiś zapas, a potem będę go tracił. To chyba nie był dobry pomysł, ale gdybym tak nie zrobił, to pewnie i tak bym tracił a zapas byłby mniejszy. Biegnie się świetnie, nieco z górki, co nie wróży dobrze na finisz, ale na razie o tym nie myślę. Kibiców jest dużo, przybija się piątki z dzieciakami. Humory dopisują również uczestnikom. „Kto nie biegnie, ten z policji!” – krzyczy zawodnik przede mną do pilnującej skrzyżowania policjantki. I w ogóle jest bardzo miło i przyjemnie.

Woda, izo, czekoladka, banan, piątka. Hetmańska z górki (rekompensata za półmaraton). Runda dookoła Dębiny, koło Aquanetu kibicująca nam ekipa z LKB. Uśmiech, piona, wszystko jest na najlepszej drodze. Wprawdzie na Dolnej Wildzie mija mnie jakiś dziadek metr pięćdziesiąt w kapeluszu ale postanowiłem się z nikim nie ścigać. Zresztą to na pewno były wyczynowiec, zawsze tak to sobie tłumaczę.

Po wbiegnięciu na ul. Hetmańską w stronę Rataj tempo nieco zaczęło spadać. Ale 5.00 to cały czas bardzo dobrze. Teraz trzeba jak najdłużej taką szybkość utrzymać, chociaż wiem, że w pewnym momencie zacznie to być trudne. Przez Rataje biegnie się zresztą świetnie, a tylu piątek co tutaj nie przybiłem chyba przez całe życie.

Chartowo, Baraniaka, Malta. Na Malcie wymiata zespół mnichów na gitarach. Dali mi niesamowitego powera, tempo skoczyło do 4.45 pod górę. Potem podbieg na Krańcową (dałem radę, wszystko ok), zrobiło się 30 km i od tego czasu skończyła się zabawa a zaczął się maraton, czyli pot, krew i łzy.

Wiedziałem, że Małe Garbary są lekko pod górę. Nie wiedziałem, że aż tak. Przeciąłem jeszcze aleję Niepodległości i na Nowowiejskiego dogoniła mnie i prześcignęła grupa biegnąca na 3.30. Dobra, to jeszcze nie jest tragedia, zmieszczę się w założonym limicie. Ale każdy krok jest coraz trudniejszy. 5.30 – wolno. I jest coraz wolniej. Wreszcie ulica św. Wawrzyńca – zmora poznańskich maratończyków, moment prawdy.

Na ulicy tej z reguły nie bywam bo nie mama żadnych spraw w tamtych okolicach. Ale przed maratonem wyskoczyłem sobie rowerem na wieczorny rekonesans trasy i podbieg ten nie wydał mi się specjalnie groźny. Pewnie dlatego, że było ciemno. Niestety – z perspektywy maratończyka mającego w nogach 35 km jest on prawie pionowy. Raki, czekany – takie klimaty.

Po wdrapaniu się na tę Golgotę myślałem, że od tego momentu będzie łatwiej. Nie było. Na zegarek praktycznie przestałem patrzeć, bo z trudem mogłem złamać 6 minut. Jakoś dotelepałem się do Grunwaldzkiej, gdzie czasy zaczęły oscylować w granicach 7 minut. I tak dowlokłem się jakoś do mety, wyprzedzany przez wszystkich z wyjątkiem idących zombi, których z kolei ja wyprzedzałem. Ale nie zatrzymałem się. Tylko ten niebieski dywan jakiś taki długi.3.42.55. Koniec.

Od wielu tygodni wizualizowałem sobie moment przekroczenia mety. Myślałem, że będzie euforia, szaleńczy taniec z medalem, może łzy szczęścia. Nie było. Nie było nic. Po prostu ukląkłem a potem się położyłem. Ktoś podał mi izotonik. Wypiłem i po kilku minutach zataczając się poszedłem po medal, o którym po przekroczeniu linii mety zupełnie zapomniałem. W tym stanie znalazła mnie moja żona i syn. Edyta od razu zaprowadziła mnie do punktu medycznego. Po drodze spotkałem jeszcze Marka, który parę lat temu był ćwierć-bogiem a teraz mi gratulował. Nie pamiętam, co odpowiedziałem, ale chyba nie byłem zbyt kontaktowy.

Bez kroplówki niestety się nie obeszło, poleżałem sobie na kozetce (sąsiednią zajął prezydent Grobelny), do siebie i do samochodu jakoś doszedłem, w międzyczasie jeszcze trochę pogadałem z innymi zawodnikami LKB, gdyż kontaktowość zaczęła wracać.

Czy było warto i czy kiedyś to powtórzę? O ile na pierwsze pytanie odpowiedź jest bezwzględnie pozytywna, o tyle z drugim nie wiadomo. Jest wiele argumentów za i przeciw. O ile z czasu jestem raczej zadowolony, o tyle z kondycji na mecie zdecydowanie nie. Wiem, że w czasie przygotowań i biegu popełniłem wiele błędów i że na pewno i tak nie wiem o wszystkich. Wiem też teraz na pewno (a nie tylko z obiegowych opinii), że maraton nie wybacza niedociągnięć. Przebiec maraton to na pewno wyczyn i sukces, natomiast jeszcze większym sukcesem jest przebiec go dobrze. Czy tak było? Chyba nie do końca. Ale z czasem ból minie, chwała pozostanie. Byle tylko zachować pokorę i realnie oceniać swoje możliwości.

Ale cieszę się również z tego, że mogę już zachowywać się normalnie. Dlatego dzisiaj wieczorem przejadę się rowerem a potem wypiję te wynalazki, które organizator dołączył do pakietu.

Rawicki Festiwal Sportu 24H Sztafeta Biegowa

W dniach 20-21 maja ośmioosobowa drużyna Lubońskiego Klubu Biegacza brała udział w 24 godzinnej sztafecie rozgrywanej w ramach Rawickiego Festiwalu Sportu. Zajęliśmy tam po ciężkiej walce 17. lokatę. Przez równą dobę walczyliśmy z pogodą, zmęczeniem i przeciwnościami losu. A było to tak…

Skład naszej sztafety ostatecznie ustalił się na niedługo przed wyjazdem i prezentował się następująco: Michał Mielcarek w roli kapitana, Marcin Meller, Robert Zieliński, Marek Siuda, Dominik Pochylski, Sławek Budziszewski, Jacek Kamiński oraz Arek Bednarski. Mieliśmy jeszcze dwóch nieocenionych pomocników, ale o nich później.
W Rawiczu pojawiliśmy się przed południem. Sprawnie odebraliśmy przydzielony nam boks oraz pakiety startowe, w których skład wchodziły: worek, koszulka, buff, czapka no i oczywiście numer startowy. Na bogato. Do godziny 14, czyli pory startu zostało niewiele czasu, więc Michał jako rozpoczynający musiał przygotować się najwcześniej. W przeciwieństwie do naszych sąsiadów, grupy Stalowe Łydy z Lubonia, nie mieliśmy żadnej specjalnej strategii. Stalowe Łydy to najszybsze nogi Lubonia – połączone siły SPP Team oraz Lucky Luzers. Oni mieli cel utrzymać się w czołówce, my zaś utrzymać się. Postawiliśmy zmieniać się wg kolejności przyznanych nam numerów startowych. Wybiła w końcu godzina 14 i zaczęła się całodobowa zabawa w bieganie. Kiedy Michał wystartował część z nas poszła mu kibicować, część została w boksie, zaś jeden z nas udał się na przeszpiegi. Tu jedna ekipa miała masażystę, tam inna zestawy do wałkowania, a sąsiedzi własny bulbulator do wody oraz więcej chemii, niż nasze żony mają w kuchniach. Czyste zawodowstwo. Po ocenie przeciwników stwierdziliśmy, że zwycięstwo jest praktycznie w kieszeni. Nie wiedzieliśmy jednak w czyjej i jak je stamtąd wyrwać. Zapadła profesjonalna  decyzja: idziemy na żywioł, dajemy z siebie wszystko, a potem się zobaczy. Trasa okrążenia wiodła przepięknymi rawickimi plantami. Są to parkowe alejki wytyczone na wałach okalających starówkę w formie prostokąta o długości 2,8 km. Zadrzewione, więc nie przeszkadzał nam w biegu dość silny północny wiatr. Nękał nas on jednak dość skutecznie na terenie miasteczka biegowego. Na szczęście pod koniec dnia trochę odpuścił. Wtedy też, po kilku już zmianach znaliśmy swoje miejsce w szeregu. Sąsiedzi, Stalowe Łydy byli na drugim miejscu. My na drugim od końca. Z tej okazji powstało nawet hasło motywujące: Odwróć tabelę, Luboń na czele!  Jako, że z ludźmi biegającymi dwa razy szybciej od nas nie mieliśmy większych szans, nabraliśmy przekonania, że co nie nabiegamy, to na wyglądamy. A te nasze żółte bojowe barwy widać było z daleka. Za każdym razem, kiedy konferansjerka wymieniała nazwy drużyn, podczas wyczytania naszej robiliśmy taki hałas, że zostaniemy na długo zapamiętani jako najgłośniejszy zespół. Mieliśmy trąby i kołatki i nie wahaliśmy się ich użyć.
W pewnym momencie ze sceny padł komunikat, że jutrzejszy gość główny imprezy, Mezo chciałby pobiec w sztafecie. Po szybkiej wymianie maili z wysłanym na zachętę załącznikiem w postaci filmu z rozgrzewki Prezesa jest odpowiedź! Mamy w drużynie Mezo! Tak, tego Mezo. Umówiliśmy się na cztery okrążenia w tempie treningowym 4:30. Na razie trzymaliśmy naszą niespodziankę w tajemnicy. Kiedy zrobiło się ciemno zapadła decyzja o bieganiu po dwa okrążenia na zmianę, tak by reszta mogła choć trochę się przespać. Na tę okazję mieliśmy przygotowany namiot. Organizator zapewnił salę, jednak do namiotu jest bliżej, a obok sali knajpa i weekendowy hałas. W nocy obok namiotu ktoś się nawoływał, tak że spać się nie dało.
Przez chwilę jeden z nas miał zamiar w krótkich żołnierskich słowach powiedzieć temu komuś, by był cicho i sobie poszedł, ale dwa boksy od nas stacjonowała ekipa rawickiej policji i nikt nie miał zamiaru spędzić reszty nocy w najbardziej rozpoznawanym miejscu w Rawiczu, a oddalonym od nas o jakieś 50 metrów. Jakoś udało się przetrwać. To był najtrudniejszy czas tej sztafety. Jeśli ktoś chce zobaczyć jak to jest, to niech po zakończeniu wieczornego treningu pójdzie w biegowych ciuchach spać, wstanie po dwóch godzinach snu, pobiegnie 5, 6 km na 100%, położy się znów i po kolejnych dwóch godzinach to samo. Dosyć to męczące. Jednak noc minęła szybko i wkrótce nastał niedzielny poranek, a wraz z nim słońce i nowe możliwości. Stalowe Łydy spadły na trzecie miejsce, jednak utrzymywali bezpieczną przewagę nad kolejną ekipą: policjantami z Rawicza.  My też utrzymaliśmy przewagę nad ostatnim zespołem, ale otworzyła się przed nami szansa przeskoczenia o oczko wyżej. Pojawił się bowiem krewniak naszych klubowych braci: Sławek. Świeży, wypoczęty, wyspany we własnym domu zaczął nam wykręcać czady okrążeń po 10 minut, podczas gdy większość naszych wyników po nocy oscylowała w granicach 11 – 12 minut. Czołówka okrążenie robiła średnio w minut 8. Przepaść czasowa. Około południa pojawił się nasz skrywany od wczoraj zawodnik: Mezo. W tym momencie zaczął się prawdziwy show. Nasz show. Jeżeli ktoś miał jakiś inny pomysł na pokazanie się, to przy naszym po prostu musiał się poddać. Zdjęcia, przemówienia, autografy. Na wizyty w zakładach pracy przyjdzie jeszcze czas. Ten zastrzyk świeżej energii wraz z piękną słoneczną pogodą postawił na na nogi do tego stopnia, że zaczęliśmy biegać w tempie zbliżonym do wczorajszego. Mezo wywiązał się z obietnicy, pobiegł w swoim treningowym tempie 4:30 trzy okrążenia. Sławek pomógł nam swoją obecnością, o czasach już nie wspominając. To dzięki niemu zaczęliśmy myśleć o wskoczeniu oczko lub dwa wyżej w tabeli wyników. Nagle byliśmy w stanie opracować strategię, ocenialiśmy kogo wystawi konkurencja – wszystko niczym zawody konne. Podjęliśmy decyzję: albo walczymy do końca, albo się pakujemy. Ostatnia zmiana to było czyste szaleństwo. Zawodnik z drużyny „Nam się nigdzie nie spieszy” wyruszył na swoją ostatnią zmianę kilkanaście sekund przed Markiem. Czekaliśmy na Arka, ten wpadł do strefy zmian z czasem 10m16s. To jego trzeci najlepszy czas tej doby!  Pałeczkę przejmuje odpowiednio przez nas zmotywowany Marek i rusza w pościg za rywalem. W czasie ostatniego okrążenia kończy się czas. Minęły 24 godziny. Jesteśmy jedną z trzech drużyn z tą samą liczbą okrążeń i tylko od kolejności pojawienia się na mecie zależy nasz wynik. Po kolei meldują się zawodnicy z innych drużyn, a my czekamy. Wreszcie są. Pierwszy, drugi. Marka nie widać. Pojawia się po chwili i już wiemy, że zajmujemy 17. miejsce. Okrążyliśmy rawickie planty 111 razy w czasie 24g08m33s. Pokonaliśmy dystans 310km800m. Czy to źle? Skąd! Jesteśmy z naszego wyniku dumni. Jesteśmy dumni, że daliśmy radę w ośmiu plus goście. Że wszystko odbyło się w pełnej zgodzie i z nastawieniem na zabawę. Jesteśmy też dumni z wyniku naszych sąsiadów. Stalowe Łydy zajęły wysokie trzecie miejsce. To nasi dobrzy znajomi, razem biegamy, pracujemy i wspólnie motywujemy się do rywalizacji.
A po zakończeniu biegu otworzyliśmy zakupionego wcześniej szampana, odśpiewaliśmy toast i znów byliśmy najgłośniejsi. Obiecaliśmy sobie też, że w przyszłym roku naprawdę powalczymy.

Tak to było. Całodobowa sztafeta w okrojonym składzie to nie lada wyzwanie. To inny rodzaj biegania. To trzeba po prostu przeżyć.

Recenzja Przygotowana Przez Roberta Zielińskiego 😀

Gwint Ultra Cross

Zerwany Gwint

Decyzja o zapisaniu się na Gwint Ultra Cross zapadła już na przełomie roku. Planowany wtedy dystans to Mini: 55km, takie przetarcie przed biegami górskimi na jesieni. Umawiały się jednak kobiety: Justyna i Magda. Justyna, rdzenna poznanianka stwierdziła, że po co ma się zapisywać na 55km, skoro za te same pieniądze może pobiec 110km, a jechać i tak tam trzeba. Od tego czasu zaczynam doceniać to, że mam żonę z Poznania, a nie z takiego Krakowa, czy nie daj borze Szkocji, bo skończylibyśmy wszyscy na starcie dystansu 100mil 🙂 I ta babska intryga polegała na tym, że kiedy dowiem się, że panie zapisały się na dystans średni ja zrobię to samo. Ach, te baby – nie pomyliły się ani odrobinę 🙂
Jako, że słowo się rzekło, trzeba było rozpocząć przygotowania tak biegowe jak i sprzętowe. Obmyślić strategię, ocenić siły i tym podobne dyrdymały. Sprzęt jest, kilometrów musi wystarczyć, pozostaje to jedynie połączyć w jakąś funkcjonalną całość. Mając dwa plecaki postanowiłem obydwa wyposażyć identycznie i jeden nadać na przepak wypadający dokładnie w połowie trasy. Jedynym planem było przetrwać ten bieg jak najmniej czasu tracąc na punktach kontrolno-żywieniowych. No i takie bardzo ciche marzenie o zmieszczeniu się w granicach 12h. Jak się potem okazało, tylko i aż trzy elementy zaważyły na wyniku dalekim od dość ambitnych oczekiwań.
W piątek byliśmy na nogach już o 6 rano, na dodatek bez obowiązkowej popołudniowej drzemki, po to by na miejscu noclegu zasnąć mimo emocji zbliżającego się biegu. Nic z tego. Nocleg zorganizowano w małej sali gimnastycznej pobliskiej szkoły. Wewnątrz zajęty każdy możliwy kawałek podłogi włącznie z korytarzem. Leżący obok Magda i Krzyszt Off dostali chyba ataku głupawki i do czasu pobudki o 00.20 słyszałem tylko chichranie zagłuszane dodatkowo przez chrapanie kilku zawodników oraz dzwonki Messengera z chyba co drugiego telefonu na sali. Spać przy tym nie sposób, a i tak bym nie zasnął. Po krótkim nocnym posiłku odprawa i zostaliśmy zapakowani do autokarów, które miały nas wywieźć z Wolsztyna na start w Nowym Tomyślu. Odjazd o 02.00, więc po chwili coś tam udało mi się zdrzemnąć. Na rynku w Nowym Tomyślu był start naszego dystansu i jednocześnie przepak dla Super Gwinta 100mil. Na chwilę przed grupową fotką przybiegło jeszcze dwóch stumilowców, którzy po przebyciu 50km wyglądali jakby dopiero co ruszyli.
Start o 03.00. Czołówka odpalona, kurtka założona – bo jeszcze było chłodno – 3, 2, 1 i w drogę. Nikt jakoś specjalnie się nie wyrywał i przebiegliśmy przez miasto w tempie ok. 6:00. Za miastem skręt w polną drogę i na tym koniec asfaltu. Rozpoczął się wszechobecny piach pylący się ogromnie po przebiegnięciu takiej grupy. Dosłownie kilka miejsc na trasie to dobiegi lub przejścia przez drogę, by znów znaleźć się na piaszczystej drodze. Kurtkę zdjąłem o świcie, bo już zaczynało robić się ciepło. Wraz ze świtem przyszedł też pierwszy kryzys – nadchodziła moja pora spania po nocnej zmianie. Zanim jeszcze dopadł mnie na dobre, pojawił się pierwszy punkt odżywczo-kontrolny zainstalowany w Folwarku Wąsowo. Piękny to obiekt, jakby żywcem przeniesiony z czasów „Nocy i dni”. Nawet staw jest, tylko nenufarów brak, zresztą nie byłoby dla kogo po nie wchodzić, bo Justyna z Magdą i Krzyszt Offem zostali z tyłu. Tutaj tylko wszedłem, zjadłem dwa kawałki banana i dalej w drogę – to dopiero 16km biegu. Kawałek dalej zaczęły się pierwsze wzniesienia, a z każdym kolejnym coraz bardziej chciało się spać. Na chwilę z tego letargu wybudził mnie głos jakiejś dziewczyny: „Powodzenia!”. Na długo nie starczyło. W takim dosłownym maraźmie człapałem do punktu z korytkiem zlokalizowanym na 31km. A tutaj wszystko, czego dusza zapragnie: ognisko, kawa, herbata, cola, nawet chleb ze smalcem. Powstał nawet mały dylemat: biec czy żreć? Kawa i chleb ze smalcem postawiły mnie jednak trochę na nogi i ruszyłem dalej.
Droga od Porażyna to najtrudniejszy odcinek biegu. Co chwila jakieś wzniesienie, przeprawa trawersem przez chaszcze, by potem w głębokim piachu próbować zbiec do stóp kolejnego wzgórza. Tak przez 13km.
Przydałaby się jakaś muzyka, ale słuchawki czekają na mnie na przepaku na 55km. Trzeba sobie radzić bez podkładu. Nagły Atak Spawacza śpiewany na głos w środku lasu brzmi jakbym kogoś wyzywał, jednak pomaga 🙂 Po chwili doganiam jakiegoś biegacza i rozmawiając razem docieramy do punktu na 44km – Lasówki Parking.
Dla mnie to prawdziwy hicior tego biegu. Rewelacyjny doping już od samego momentu dojrzenia zawodnika na trasie, wesoła i rozgadana ekipa pozwala odłożyć gdzieś na bok myśli, że jeden maraton mamy już w nogach. Z głośnika atakuje disco polo w stylu: Jesteś piękna lalala, jesteś moja cośtam cośtam. Nie wyszło z głowy przez kolejną godzinę. A jakby komuś było mało wrażeń, to polecam kawę rozpuszczalną zalaną gotowaną wodą gazowaną i osłodzoną cukrem Dextro. Takim combo poczęstowali mnie tam wolontariusze. Smak tej mikstury powinien być opatentowany, bo daje naprawdę mocnego kopa. Na do widzenia jeszcze mocniejszy doping i takie szczere życzenia powodzenia, że dla mnie ten punkt dzierży palmę pierwszeństwa. 11km do przepaku w Grodzisku/Zdroju minęło prawie niezauważenie. Może to ta kawa, a może disco polo? Sam bym się kiedyś nie podejrzewał o to, jakiej muzyki będę słuchał, żeby tylko lepiej się biegło 🙂

W Grodzisku/Zdroju zameldowałem się przed godziną 10. Tutaj szybka akcja wymiany plecaka, wlanie wody do bukłaka, lekka zmiana garderoby, kawa, ciepły rosołek i w drogę. Całość zajęła kilkanaście minut – o 10.03 byłem już w drodze. Na uszach wreszcie słuchawki, muzyczka gra, na tyłku suche rzeczy, a w bukłaku zimne piciu, teraz to mozna biec! Na odcinku 8km do następnego punktu wyprzedziłem paręnaście osób. Tutaj pojawiły się też pierwsze problemy z nawigacją, momentami brakowało dokładniejszego oznaczenia zejścia z głównej drogi. W ogóle cała trasa była poprowadzona ścieżkami, o których zapomnieli już chyba najstarsi leśnicy 🙂 O ile w lesie przed południem było jeszcze w miarę znośnie, to na otwartym terenie słońce prażyło już konkretnie. Wymarzona pogoda na majówkę. W takim miejscu był właśnie kolejny punkt żywieniowy na 63km – Gnin. Tutaj kawy nie było. Była za to ciepła cola i cały zestaw łakoci: ciastka, banany, rodzynki i suszone morele. Takie zestawy były wszędzie, ale na tym punkcie smakowały najlepiej. Teraz „tylko” 13km do Rakoniewic. 13 km ciężkiej drogi przez las. O tyle lepiej, że coraz częściej jest teraz z górki i momentami można nawet szybciej pobiec, choć zdarzają się jeszcze mocniejsze podejścia. Zaczynają boleć kolana, muszę tak zmienić krok, żeby ich za bardzo nie obciążać. Muszą mi starczyć na jeszcze jakieś 40km. Jeszcze tylko jeden maraton 😉 Na zegarku tempo cały czas oscyluje w okolicach 7.00, przy zbiegach udaje mi czasem zejść do 6.15. Jeszcze kawałek prostej drogi i już widać Rakoniewice. Znam te drogi! Niedawno tutaj biegłem na 10km w czasie czterdziestu kilku minut, dziś tyle zajmuje pokonanie pięciu 🙂 Punkt kontrolny z pomiarem czasu znajduje się na rynku. Tutaj też jest ostatnia tego dnia kawa, tylko ona trzyma mnie jakoś przy życiu. Jest nawet fontanna, z której nie omieszkałem skorzystać. Normalnie mycie się w fontannie grozi mandatem, ale dziś wolno nam więcej 🙂 Okazało się też, że ktoś zrobił psikusa i pozrywał wszystkie oznaczenia z kierunkami prowadzącymi w dalszą drogę. Na szczęście trafiłem w moment, gdy zostały właśnie założone nowe – swoją drogą, ile trzeba mieć wody we łbie, żeby odwalać takie numery?
Przede mną dwa najdłuższe odcinki między punktami – każdy po 17km. Następny to Głodno. Ten odcinek minął jakoś nadspodziewanie lekko w porównaniu do poprzednich. Cały czas miałem w głowie wizję ukończenia w okolicach 13 godzin. Do samego Głodna był to bardzo realny do osiągnięcia wynik. Jednak z tej radości, że to już tylko 17km do mety zapomniałem o podstawowej, jak się później okazało rzeczy. Nie sprawdziłem czy w plecaku jest jeszcze woda. Skończyła się 2km dalej. No i tutaj mógłbym w sumie dopiero zacząć relację. W słuchawkach głos mówi: „battery low”, zegarek pokazuje to samo, nagle wszystko staje się low. Zostało mi 15km darcia do mety bez motywującej jednak muzyki, bez picia i bez możliwości przyjęcia jakiegokolwiek cukru czy żelu, bo nie było czym popić. Kryzys jakego w życiu jeszcze nie doświadczyłem. I tylko jedna myśl, że meta jest zbyt blisko, by się poddać, bo smak zejścia z trasy z powodu niemocy znam i pamiętam doskonale. Nasze pierwsze podejście do Przejścia Kotliny Jeleniogórskiej zakończyliśmy kiedyś na 70km – dokładnie w połowie. Tutaj do mety zostało już tylko 10km, czyli w tempie jakim się aktualnie poruszałem minimum 2 godziny. Na 7km przed metą wyrosła przede mną ściana. Wzniesienie tak strome i wysokie, że zdobycie go zajęło pewno z 10 minut. W normalnych warunkach nic wielkiego, tutaj po wejściu zaczynałem tracić świadomość. Po chwili jednak mogłem zbiec, jednak bez większej kontroli. Odwodnienie dawało już o sobie znać bardzo wyraźnie. W takim lekkim amoku dotarłem do Nowego Młyna, 3km przed celem. Tutaj napotkałem kilku chłopaczków, którzy zapytani o wodę poczęstowali mnie wodą z cytryną. Sprawdziłem telefon i okazało się, że jest jedno nieodebrane połączenie od Justyny. Dzwonię: – gdzie jesteś? – na 101km. – ja na 107 i pewnie mnie dogonisz. – to widzimy się na mecie.
Coraz więcej napotkanych ludzi mówi, że już niedaleko, że jeszcze kawałek. Ja, z włączonym dopalaczem grzeczności odpowiadam, że fajnie, że dziękuję. Jakoś nawet nie mam już siły, żeby im powiedzieć, by udali się w bliżej nieokreślonym kierunku. Wyprzedza mnie Tomek z Night Runners i pociesza dobrym słowem. Po chwili pojawia się Karol z SPP Team z pytaniem, czy poznaję jeszcze ludzi. Muszę przyznać, że w pierwszej chwili pomyliłem go z kimś innym. Wszyscy oni biegli dystans Mini 55km, dlatego tacy skorzy do gadki i tacy rześcy 🙂 Na kilometr przed końcem znalazłem ławkę. Myślę: usiądę i poczekam na Justynę. Jeszcze dobrze nie dotknąłem dupskiem ławki, a moje łydki złapał taki skurcz, że stwardniały na kamień. Zacząłem wrzeszczeć z bólu, kilku okolicznych wędkarzy popatrzyło na mnie z minami mówiącymi: kto Ci kazał tyle biec? Musiałem wstać i człapać dalej. Bałem się tylko, czy nie zemdleję po minięciu linii mety, ale nie. W momencie, gdy zostałem obwieszony medalem, wszystko na moment minęło. Organizm jednak po chwili odpłacił mi z nawiązką za to sponiewieranie pięknym haftem na parkingu. Czas to 15g 33m 29s, 47 miejsce open, 14 w kategorii M30.
Jak na debiut całkiem dobrze.

To była dobra lekcja i dobre przetarcie przed jesiennym biegiem UltraKotlina. Załatwiły mnie tylko trzy rzeczy. Brak snu, co skutkowało kryzysem od samego początku do około 30km. Gdyby ktoś na 5km spytał, czy chcę zejść nie zastanawiałbym się ani sekundy. „Załamanie” pogody. Jeszcze dzień wcześniej było fajne rześkie powietrze i temperatura około 15stopni. W sobotę jednak pogoda spłatała figla i postanowiła pokazać się z jak najlepszrj strony, w końcu mamy weekend, prawda? Z dwojga złego wolałbym deszcz.
Ostatnia rzecz to brak prostego odruchu sprawdzenia zawartości plecaka na ostatnim punkcie. Tak bardzo smakowało zimne piciu, że skończyło się za wcześnie. A wystarczyło tylko sięgnąć ręką… No cóż, lekcja pokory na przyszłość.

A Justyna?
Justyna dotarła do mety kilkanaście minut po mnie, czym zaklepała sobie drugie (!) miejsce na podium w kategorii wiekowej K40. Trofeum, jakie zdobyła to pogięta 30cm śruba zamocowana w kamieniu – prawdziwy Gwint!

Relację przygotował Robert Zieliński.