Gwint Ultra Cross

Zerwany Gwint

Decyzja o zapisaniu się na Gwint Ultra Cross zapadła już na przełomie roku. Planowany wtedy dystans to Mini: 55km, takie przetarcie przed biegami górskimi na jesieni. Umawiały się jednak kobiety: Justyna i Magda. Justyna, rdzenna poznanianka stwierdziła, że po co ma się zapisywać na 55km, skoro za te same pieniądze może pobiec 110km, a jechać i tak tam trzeba. Od tego czasu zaczynam doceniać to, że mam żonę z Poznania, a nie z takiego Krakowa, czy nie daj borze Szkocji, bo skończylibyśmy wszyscy na starcie dystansu 100mil 🙂 I ta babska intryga polegała na tym, że kiedy dowiem się, że panie zapisały się na dystans średni ja zrobię to samo. Ach, te baby – nie pomyliły się ani odrobinę 🙂
Jako, że słowo się rzekło, trzeba było rozpocząć przygotowania tak biegowe jak i sprzętowe. Obmyślić strategię, ocenić siły i tym podobne dyrdymały. Sprzęt jest, kilometrów musi wystarczyć, pozostaje to jedynie połączyć w jakąś funkcjonalną całość. Mając dwa plecaki postanowiłem obydwa wyposażyć identycznie i jeden nadać na przepak wypadający dokładnie w połowie trasy. Jedynym planem było przetrwać ten bieg jak najmniej czasu tracąc na punktach kontrolno-żywieniowych. No i takie bardzo ciche marzenie o zmieszczeniu się w granicach 12h. Jak się potem okazało, tylko i aż trzy elementy zaważyły na wyniku dalekim od dość ambitnych oczekiwań.
W piątek byliśmy na nogach już o 6 rano, na dodatek bez obowiązkowej popołudniowej drzemki, po to by na miejscu noclegu zasnąć mimo emocji zbliżającego się biegu. Nic z tego. Nocleg zorganizowano w małej sali gimnastycznej pobliskiej szkoły. Wewnątrz zajęty każdy możliwy kawałek podłogi włącznie z korytarzem. Leżący obok Magda i Krzyszt Off dostali chyba ataku głupawki i do czasu pobudki o 00.20 słyszałem tylko chichranie zagłuszane dodatkowo przez chrapanie kilku zawodników oraz dzwonki Messengera z chyba co drugiego telefonu na sali. Spać przy tym nie sposób, a i tak bym nie zasnął. Po krótkim nocnym posiłku odprawa i zostaliśmy zapakowani do autokarów, które miały nas wywieźć z Wolsztyna na start w Nowym Tomyślu. Odjazd o 02.00, więc po chwili coś tam udało mi się zdrzemnąć. Na rynku w Nowym Tomyślu był start naszego dystansu i jednocześnie przepak dla Super Gwinta 100mil. Na chwilę przed grupową fotką przybiegło jeszcze dwóch stumilowców, którzy po przebyciu 50km wyglądali jakby dopiero co ruszyli.
Start o 03.00. Czołówka odpalona, kurtka założona – bo jeszcze było chłodno – 3, 2, 1 i w drogę. Nikt jakoś specjalnie się nie wyrywał i przebiegliśmy przez miasto w tempie ok. 6:00. Za miastem skręt w polną drogę i na tym koniec asfaltu. Rozpoczął się wszechobecny piach pylący się ogromnie po przebiegnięciu takiej grupy. Dosłownie kilka miejsc na trasie to dobiegi lub przejścia przez drogę, by znów znaleźć się na piaszczystej drodze. Kurtkę zdjąłem o świcie, bo już zaczynało robić się ciepło. Wraz ze świtem przyszedł też pierwszy kryzys – nadchodziła moja pora spania po nocnej zmianie. Zanim jeszcze dopadł mnie na dobre, pojawił się pierwszy punkt odżywczo-kontrolny zainstalowany w Folwarku Wąsowo. Piękny to obiekt, jakby żywcem przeniesiony z czasów „Nocy i dni”. Nawet staw jest, tylko nenufarów brak, zresztą nie byłoby dla kogo po nie wchodzić, bo Justyna z Magdą i Krzyszt Offem zostali z tyłu. Tutaj tylko wszedłem, zjadłem dwa kawałki banana i dalej w drogę – to dopiero 16km biegu. Kawałek dalej zaczęły się pierwsze wzniesienia, a z każdym kolejnym coraz bardziej chciało się spać. Na chwilę z tego letargu wybudził mnie głos jakiejś dziewczyny: „Powodzenia!”. Na długo nie starczyło. W takim dosłownym maraźmie człapałem do punktu z korytkiem zlokalizowanym na 31km. A tutaj wszystko, czego dusza zapragnie: ognisko, kawa, herbata, cola, nawet chleb ze smalcem. Powstał nawet mały dylemat: biec czy żreć? Kawa i chleb ze smalcem postawiły mnie jednak trochę na nogi i ruszyłem dalej.
Droga od Porażyna to najtrudniejszy odcinek biegu. Co chwila jakieś wzniesienie, przeprawa trawersem przez chaszcze, by potem w głębokim piachu próbować zbiec do stóp kolejnego wzgórza. Tak przez 13km.
Przydałaby się jakaś muzyka, ale słuchawki czekają na mnie na przepaku na 55km. Trzeba sobie radzić bez podkładu. Nagły Atak Spawacza śpiewany na głos w środku lasu brzmi jakbym kogoś wyzywał, jednak pomaga 🙂 Po chwili doganiam jakiegoś biegacza i rozmawiając razem docieramy do punktu na 44km – Lasówki Parking.
Dla mnie to prawdziwy hicior tego biegu. Rewelacyjny doping już od samego momentu dojrzenia zawodnika na trasie, wesoła i rozgadana ekipa pozwala odłożyć gdzieś na bok myśli, że jeden maraton mamy już w nogach. Z głośnika atakuje disco polo w stylu: Jesteś piękna lalala, jesteś moja cośtam cośtam. Nie wyszło z głowy przez kolejną godzinę. A jakby komuś było mało wrażeń, to polecam kawę rozpuszczalną zalaną gotowaną wodą gazowaną i osłodzoną cukrem Dextro. Takim combo poczęstowali mnie tam wolontariusze. Smak tej mikstury powinien być opatentowany, bo daje naprawdę mocnego kopa. Na do widzenia jeszcze mocniejszy doping i takie szczere życzenia powodzenia, że dla mnie ten punkt dzierży palmę pierwszeństwa. 11km do przepaku w Grodzisku/Zdroju minęło prawie niezauważenie. Może to ta kawa, a może disco polo? Sam bym się kiedyś nie podejrzewał o to, jakiej muzyki będę słuchał, żeby tylko lepiej się biegło 🙂

W Grodzisku/Zdroju zameldowałem się przed godziną 10. Tutaj szybka akcja wymiany plecaka, wlanie wody do bukłaka, lekka zmiana garderoby, kawa, ciepły rosołek i w drogę. Całość zajęła kilkanaście minut – o 10.03 byłem już w drodze. Na uszach wreszcie słuchawki, muzyczka gra, na tyłku suche rzeczy, a w bukłaku zimne piciu, teraz to mozna biec! Na odcinku 8km do następnego punktu wyprzedziłem paręnaście osób. Tutaj pojawiły się też pierwsze problemy z nawigacją, momentami brakowało dokładniejszego oznaczenia zejścia z głównej drogi. W ogóle cała trasa była poprowadzona ścieżkami, o których zapomnieli już chyba najstarsi leśnicy 🙂 O ile w lesie przed południem było jeszcze w miarę znośnie, to na otwartym terenie słońce prażyło już konkretnie. Wymarzona pogoda na majówkę. W takim miejscu był właśnie kolejny punkt żywieniowy na 63km – Gnin. Tutaj kawy nie było. Była za to ciepła cola i cały zestaw łakoci: ciastka, banany, rodzynki i suszone morele. Takie zestawy były wszędzie, ale na tym punkcie smakowały najlepiej. Teraz „tylko” 13km do Rakoniewic. 13 km ciężkiej drogi przez las. O tyle lepiej, że coraz częściej jest teraz z górki i momentami można nawet szybciej pobiec, choć zdarzają się jeszcze mocniejsze podejścia. Zaczynają boleć kolana, muszę tak zmienić krok, żeby ich za bardzo nie obciążać. Muszą mi starczyć na jeszcze jakieś 40km. Jeszcze tylko jeden maraton 😉 Na zegarku tempo cały czas oscyluje w okolicach 7.00, przy zbiegach udaje mi czasem zejść do 6.15. Jeszcze kawałek prostej drogi i już widać Rakoniewice. Znam te drogi! Niedawno tutaj biegłem na 10km w czasie czterdziestu kilku minut, dziś tyle zajmuje pokonanie pięciu 🙂 Punkt kontrolny z pomiarem czasu znajduje się na rynku. Tutaj też jest ostatnia tego dnia kawa, tylko ona trzyma mnie jakoś przy życiu. Jest nawet fontanna, z której nie omieszkałem skorzystać. Normalnie mycie się w fontannie grozi mandatem, ale dziś wolno nam więcej 🙂 Okazało się też, że ktoś zrobił psikusa i pozrywał wszystkie oznaczenia z kierunkami prowadzącymi w dalszą drogę. Na szczęście trafiłem w moment, gdy zostały właśnie założone nowe – swoją drogą, ile trzeba mieć wody we łbie, żeby odwalać takie numery?
Przede mną dwa najdłuższe odcinki między punktami – każdy po 17km. Następny to Głodno. Ten odcinek minął jakoś nadspodziewanie lekko w porównaniu do poprzednich. Cały czas miałem w głowie wizję ukończenia w okolicach 13 godzin. Do samego Głodna był to bardzo realny do osiągnięcia wynik. Jednak z tej radości, że to już tylko 17km do mety zapomniałem o podstawowej, jak się później okazało rzeczy. Nie sprawdziłem czy w plecaku jest jeszcze woda. Skończyła się 2km dalej. No i tutaj mógłbym w sumie dopiero zacząć relację. W słuchawkach głos mówi: „battery low”, zegarek pokazuje to samo, nagle wszystko staje się low. Zostało mi 15km darcia do mety bez motywującej jednak muzyki, bez picia i bez możliwości przyjęcia jakiegokolwiek cukru czy żelu, bo nie było czym popić. Kryzys jakego w życiu jeszcze nie doświadczyłem. I tylko jedna myśl, że meta jest zbyt blisko, by się poddać, bo smak zejścia z trasy z powodu niemocy znam i pamiętam doskonale. Nasze pierwsze podejście do Przejścia Kotliny Jeleniogórskiej zakończyliśmy kiedyś na 70km – dokładnie w połowie. Tutaj do mety zostało już tylko 10km, czyli w tempie jakim się aktualnie poruszałem minimum 2 godziny. Na 7km przed metą wyrosła przede mną ściana. Wzniesienie tak strome i wysokie, że zdobycie go zajęło pewno z 10 minut. W normalnych warunkach nic wielkiego, tutaj po wejściu zaczynałem tracić świadomość. Po chwili jednak mogłem zbiec, jednak bez większej kontroli. Odwodnienie dawało już o sobie znać bardzo wyraźnie. W takim lekkim amoku dotarłem do Nowego Młyna, 3km przed celem. Tutaj napotkałem kilku chłopaczków, którzy zapytani o wodę poczęstowali mnie wodą z cytryną. Sprawdziłem telefon i okazało się, że jest jedno nieodebrane połączenie od Justyny. Dzwonię: – gdzie jesteś? – na 101km. – ja na 107 i pewnie mnie dogonisz. – to widzimy się na mecie.
Coraz więcej napotkanych ludzi mówi, że już niedaleko, że jeszcze kawałek. Ja, z włączonym dopalaczem grzeczności odpowiadam, że fajnie, że dziękuję. Jakoś nawet nie mam już siły, żeby im powiedzieć, by udali się w bliżej nieokreślonym kierunku. Wyprzedza mnie Tomek z Night Runners i pociesza dobrym słowem. Po chwili pojawia się Karol z SPP Team z pytaniem, czy poznaję jeszcze ludzi. Muszę przyznać, że w pierwszej chwili pomyliłem go z kimś innym. Wszyscy oni biegli dystans Mini 55km, dlatego tacy skorzy do gadki i tacy rześcy 🙂 Na kilometr przed końcem znalazłem ławkę. Myślę: usiądę i poczekam na Justynę. Jeszcze dobrze nie dotknąłem dupskiem ławki, a moje łydki złapał taki skurcz, że stwardniały na kamień. Zacząłem wrzeszczeć z bólu, kilku okolicznych wędkarzy popatrzyło na mnie z minami mówiącymi: kto Ci kazał tyle biec? Musiałem wstać i człapać dalej. Bałem się tylko, czy nie zemdleję po minięciu linii mety, ale nie. W momencie, gdy zostałem obwieszony medalem, wszystko na moment minęło. Organizm jednak po chwili odpłacił mi z nawiązką za to sponiewieranie pięknym haftem na parkingu. Czas to 15g 33m 29s, 47 miejsce open, 14 w kategorii M30.
Jak na debiut całkiem dobrze.

To była dobra lekcja i dobre przetarcie przed jesiennym biegiem UltraKotlina. Załatwiły mnie tylko trzy rzeczy. Brak snu, co skutkowało kryzysem od samego początku do około 30km. Gdyby ktoś na 5km spytał, czy chcę zejść nie zastanawiałbym się ani sekundy. „Załamanie” pogody. Jeszcze dzień wcześniej było fajne rześkie powietrze i temperatura około 15stopni. W sobotę jednak pogoda spłatała figla i postanowiła pokazać się z jak najlepszrj strony, w końcu mamy weekend, prawda? Z dwojga złego wolałbym deszcz.
Ostatnia rzecz to brak prostego odruchu sprawdzenia zawartości plecaka na ostatnim punkcie. Tak bardzo smakowało zimne piciu, że skończyło się za wcześnie. A wystarczyło tylko sięgnąć ręką… No cóż, lekcja pokory na przyszłość.

A Justyna?
Justyna dotarła do mety kilkanaście minut po mnie, czym zaklepała sobie drugie (!) miejsce na podium w kategorii wiekowej K40. Trofeum, jakie zdobyła to pogięta 30cm śruba zamocowana w kamieniu – prawdziwy Gwint!

Relację przygotował Robert Zieliński.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Time limit is exhausted. Please reload the CAPTCHA.