Łódź Maraton oczami Łukasza Kubiaka

img_6575

Miała być życiówka, a była lekcja życia i pokory do Królewskiego dystansu 🙂

Łódź przywitała mnie i innych zawodników w sobotnie popołudnie niezbyt optymistyczną pogodą . Około godz. 19 zaczął padać deszcz, który miałem nadzieję, że do rana przestanie.
Po całym tygodniu ciężkiej pracy padałem z nóg i marzyłem tylko o jednym – SPANIU 🙂

Wstałem dość wcześnie i ku mojemu zaskoczeniu nadal PADAŁ deszcz.
Lekkie śniadanko w postaci ogólnie pojętych węglowodanów, następnie kilka minut leżakowania i przygotowanie stroju na start. 7:45 opuszczenie noclegowni i udanie się do biura zawodów, które mieściło się około 300-400 metrów od szkoły. Generalnie wszystkie newralgiczne punkty usytuowane były bardzo blisko siebie, co dawało duży komfort psychiczny po ostatnim wyjazdowym maratonie 🙂

Chyba jednak jest Ktoś tam do góry i wysłuchuje nasze (tj. biegaczy) prośby – PRZESTAŁO padać 🙂

Po zrobieniu lekkiej rozgrzewki i ustawieniu się w odpowiednim sektorze, oczekiwałem z niecierpliwością na odliczanie. Od samego początku starałem się dobrze kontrolować tempo biegu, bo wiedziałem że każda odchyłka może być bardzo wysoka w cenie 🙂
Do 26 km włącznie udawało mi się to doskonale. Miałem średnie tempo 4:28 co dawało mi 2 sekundy zysku na każdym kilometrze, od założonego. Na 27 km (na podbiegu) coś zaczęło się pomału psuć. To coś, to były zmęczone nogi, które jeszcze odczuwały skutki ostatniego biegu na dystansie półmaratońskim z zeszłego tygodnia. Co prawda biegłem go na pograniczu pełnej mocy treningowej, ale wygląda na to, że w moim przypadku tydzień to zdecydowanie za mało na regenerację. Pierwsze oznaki owego zmęczenia zaczęły już do mnie docierać nawet na 10 km, co nie było dobrym prognostykiem, jeśli chciałem myśleć o złamaniu życiówki 🙁 Każdy kilometr pokonywałem w skupieniu i kontrolowaniu nawet najmniejszych szczegółów: nawadnianie na każdym punkcie, technika biegu. Gdy mijałem półmetek i zobaczyłem jaki mam czas netto, jeszcze przez chwilę wierzyłem, że mi się uda zbliżyć do 3:10. Na 22 km spożyłem żel CARBOSNACK- miał on mi pomóc w zregenerowaniu mięśni i dodaniu sił. Powiem szczerze, nic się nie zmieniło, jedyne co poczułem, to jakąś taką dziwną pełność na żołądku, która była dodatkowym dyskomfortem w całej układance odczuć.

dsc00422

Kolejne kilometry układały się troszeczkę jak fala. Raz byłem na wierzchu i płynąłem razem z nią nie czując zmęczenia i bólu, który momentami dawał się bardzo mocno we znaki, a innym razem przykrywała mnie i tonąłem w ciemnej stronie swojej psychiki.
Podczas całego biegu było kilka miejsc, sytuacji i przede wszystkim osób, które mnie odpowiednio nastawiały i motywowały do dalszej walki z dystansem i samym sobą.
Między 34 a 35 kilometrem, gdy już myślałem, że nie dobiegnę spotkała mnie pierwsza sytuacja, która dodała mi wiary w siebie i pozwoliła uwierzyć, że jeszcze jest szansa. Co prawda może nie na 3:10, ale na poprawienie choć o sekundę, a może dwie rekordu życiowego.
Usłyszałem znajomy głos za swoimi plecami, który wymienił moje imię. Ku mojemu zaskoczeniu był to sponsor naszego Lubońskiego Klubu Biegacza 🙂 Minął mnie na rowerze jako asysta dla swojego podopiecznego i zaproponował „podpięcie się do teamu”. Ból kostki na tym etapie był już tak silny i nie pozawalał mi myśleć pozytywnie, a co dopiero o przyspieszeniu. Choć z drugiej strony nic nie miałem do stracenie tylko mogłem zyskać i „wskoczyłem do wagonu”. Przez kolejny 400m metrów biegliśmy razem, ale z każdym metrem zaczynałem odzyskiwać w jakiś cudowny sposób siły i co najlepsze zauważyłem, że przestawała, a wręcz przestała mnie boleć kostka. Mijając 37 kilometr miałem już jakieś 200-250 metrów zysku nad kolegą i czułem się znakomicie. Kolejny kryzys dopadł mnie między 38 a 39 kilometrem. Zaczynałem odczuwać mocne zmęczeni w lewej nodze, a dokładnie rzecz mówiąc zbliżał się skurcz mięśnia dwugłowego. Szybko wyciągnąłem z kieszonki moje magiczne tabletki i czekałem na punkt z wodą, aby je połknąć. W pewnym momencie wybiegła kobieta z tłumu kibiców i zaproponowała kubek z wodą. To było jak zbawienie 🙂

img_5244

Po minięciu 39 znacznika minęli mnie też koledzy z Poznania. To był najgorszy moment na całym wyścigu. Chciałem kolejny raz się z nimi zabrać, ale ciało mówiło NIEEEEE !!! Próbowałem na wszelkie możliwe sposoby obejść zabezpieczenia, ale ciągle świeciło się czerwone światełko i było słychać w głowie NIE. Kolejne dwa kilometry pokonałem samotnie wpatrując się w oddalające plecy kolegów. Na 41 dogoniła mnie znajoma koleżanka, którą widziałem już chyba ze trzy razy na trasie i powiedziała „dalej to już ostatni kilometr”.
Pomyślałem „no to dalej jedziemy” 🙂 W momencie jak zobaczyłem na horyzoncie Atlas Arenę dostałem KOPA. Chciałem przyspieszyć, ale widziałem kątem oka, że koleżanka zaczyna słabnąć. Teraz ja zacząłem zagrzewać do walki i wspierać dobrym słowem.
Wbieg na metę Łódź Maratonu Dbam o Zdrowie zrobił na mnie jeszcze większe wrażenie, niż wbieg na największy stadion w Polsce. Było wszystko: czerwony dywan, światła, lasery no i KIBICE. Wszystko było dopięte na ostatni guzik.

Choć nie udało mi się poprawić swojej życiówki, to i tak jestem bardzo zadowolony ze swojego czasu, jaki udał mi się nabiegać 3:20:57 Dodatkowo jestem bogatszy o kolejne życiowe doświadczenia i wiedzę na temat swojej psychiki i ciała, a to bezcenne 🙂 Nie zawsze liczy się wynik, liczy się też to, w jakim stylu docierasz do mety 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Time limit is exhausted. Please reload the CAPTCHA.