Relacja Adama z biegu w Nowym Jorku

Czasem w życiu zdarza się tzw. Dzień Świra. Mój ostatni start śmiało można tak zatytułować 🙂 Starty zagranicą mają w sobie dodatkowy smaczek. Wyjeżdżając w czerwcu do USA liczyłem na to, że uda mi się wystartować w jakiejś imprezie. Mniej więcej w połowie lipca znalazłem fajny bieg, odbywający się z okazji Labor Day, czyli święta pracy (Amerykanie obchodzą ten dzień 1 września). Do wyboru miałem 5 lub 10 km. Zdecydowałem się na krótszy dystans. Bieg odbywał się na Roosvelt Island – wyspie leżącej pomiędzy dzielnicami Manhattan (od zachodu) i Queens (od wschodu). Organizatorem było stowarzyszenie New York City Runs.

IMG_2585

Ponieważ wakacje poświęciłem w dużej mierze na pracę i podróże, nie stawiałem sobie jakiś założeń co do miejsca i wyniku.

Start był wyznaczony na 8:30, więc budzik ustawiłem na 6.00. Kładę się i zasypiam. No i zaczyna się. Budzik dzwoni – wstaję, nie to telefon, zaspany pytam: Słucham? „Witam Pana usługa Play”, mówię, że proszę zadzwonić później bo u mnie 3 w nocy 🙂 Kładę się spać. Mija godzina, a budzik znowu dzwoni, wstaję, znowu ktoś dzwoni. Słucham? „Witam, czy rozmawiam z organizatorem Biegu Niepodległości?”. Potwierdzam, że ja to ja i ponownie proszę o telefon później. O 6.00 już wszystko normalnie, wstaje rzeczy do biegania czekają gotowe od wczoraj. Ruszam. Mam jednak to znajome uczucie że czegoś zapomniałem….

NY ma ogromnie rozbudowaną sieć metra. Jak dojechać zaplanowałem dzień wcześniej. Jedna przesiadka i idę na miejsce wynikające z mapy na kolejną. Przychodzę i nic nie ma. Żadnego wejścia do metra. Kurczę co robić? Patrzę na najbliższego gościa. Jakoś nie budzi zaufania, ale nie mam wyjścia trzeba go spytać. Wyglądem przypomina mi James’a Hetfield’a z zespołu Metallica. Pytam go i ogólnie jest życzliwi. Mówi, że ma „hangover” i że „sorry man”, ale nie wie co i jak 🙂 Robi się nieciekawie. Patrzę na zegarek 7.15. Czas ucieka. Pytam spotkanego starszego Pana, bierze mapę i mówi, że to będzie tu i tu, a na mapie jest naniesiona nie dokładnie. I ma rację udaję się trafić, a w metrze widzę już ludzi z numerkami poprzypinanymi do koszulek. Uff wracam do gry.
Biuro zawodów, depozyt i picie przed biegiem wszystko okej. Podoba mi się ta kameralna impreza dla 400-500 osób. Tylko jedno ale – jest strasznie duszno nie zrobiłem rozgrzewki, a już jestem cały spocony. Powietrze w NY jest nie do wytrzymania – ciężkie i zanieczyszczone. Takie warunki.

Chce zrobić parę fotek i wiem czego zapomniałem. Nie zabrałem aparatu ani telefonu!!! Biegacze przygotowują się do startu, a tuż obok na środku parku starsze japoński małżeństwo oddaje się w skupieniu Tai Chi – ach ta Ameryka.

IMAG0907

8:30 startujemy. Mój czas na mecie to 18:54 (mniej więcej takim tempem na km przebiegłem w kwietniu maraton – to pokazuję jak ciężko się biega w takiej wilgotności) daje mi 7 miejsce. Zwycięzca, z którym po biegu chwilkę rozmawiałem, wykręcił czas 17:35 (jako jedyny złamał 18 min). Mówi, że o tej porze trudno tu o pokaźny wynik. Myśląc jakim jestem baranem, że nie zabrałem ani telefonu ani aparatu, by jakoś upamiętnić start, wpadam na pomysł. Idę do Pana z biura zawodów, mówie co i jak. Robi zdjęcie i wysyła bez problemu. Pamiątka jest 🙂

Na piątkę pobiegło 266 osób, a na 10km 389 „runnerów”.

Ten bieg przypomniał mi trochę dawne czasy biegania w Polsce o których już niewielu pamięta.
Nie za duża impreza, bez medalu za udział, w kategorii wiekowej puchar i nic więcej, miła atmosfera, jedzenie w formie szwedzkiego stołu (bułki, winogrona, truskawki- bierz ile chcesz), bez żadnych oświadczeń o stanie zdrowia i sprawdzania tożsamości. Idea prosta: wspólnie spędzić czas na bieganiu.

I na takie coś udało mi się trafić w Nowym Jorku 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Time limit is exhausted. Please reload the CAPTCHA.