Relacja z I Crossu Marcowego

Relacja Radka Matuszaka.

Śmiesznie, wesoło, na łonie przyrody i z mega ekipą – czego więcej chcieć…

Bieganie to przede wszystkim fun i zabawa – a ta impreza właśnie potwierdza moje podejście do biegania. Dla niektórych bieganie w niedziele po lesie przy lekkim deszczu i do tego na małej imprezie może wydawać się nieco dziwne, ale żeby jeszcze mieć z tego frajdę i ciągnąć tam swoją rodzinę i znajomych…

Ale od początku… śmigając kiedyś po kalendarzu na maratonach polskich przez przypadek trafiłem na słowo „Puszczykowo” od razu mój wzrok skierował się na termin i dystans – tydzień po maniackiej, 8km (2 kółka po 4km), limit 110 osób i 100% przełaj. Szybka myśl w głowie, czy nie mam innych planów… nie mam, więc czytam regulamin, a tam wpisowe 20 zł i w tym medal – może być niezła jazda. Szybko mail i po chwili potwierdzenie wpisania na listę. Kolejna myśl skierowała się w stronę naszego jednego klubowicza Maćka Granopsa – bardzo dawno nie biegaliśmy razem a przecież mieszka w Mosinie, więc na siłę to sobie spacerkiem podejdzie – jeden telefon i po chwili na liście widniało już dwóch naszych członków. Lista szybko się zapełniła i po chwili limit był wyczerpany. W międzyczasie nasz kolejny Klubowicz Krzysiu Czech postanowił pobiec – powołanie się na LKB podziałało i znalazło się miejsce również dla niego – w sobotę szykowała mu się impreza, więc i on podchodził do I Crossu Marcowego bardzo lajtowo i z przymrużeniem oka.

W regulaminie był zapis, że biuro zawodów otwarte jest w niedziele od godziny 9.00 (start biegu godzina 11.00) – zajechaliśmy, więc w wyznaczone miejsce tj. teren CAS’u i naszym oczom ukazał się namiot, w którym przemiłe dziewczyny wydawały numerki startowe. Od samego początku można było poczuć swojską atmosferę – nie było mowy o tzw. pakiecie startowym, chipach i innych „atrakcjach” do jakich przywykliśmy na dużych miejskich biegach – ale to wszystko dodawało swego rodzaju uroku i czuliśmy się po prostu swojsko.

Okolice startu z każdą minutą się zapełniało – widać było jak zawsze mega wymiataczy, amatorów no i kibiców – mnie do biegu zagrzewała cała rodzinka ubrana w koszulki klubowe.

Matuszakowie :)

Matuszakowie 🙂

Po chwili, jeden z organizatorów zaprosił wszystkich na start – zeszła się grupka biegaczy (łącznie prawie 90 osób) i zgodnie stwierdziliśmy, że jeszcze na żadnym biegu nie byliśmy tak blisko linii startu 🙂

Byliśmy przygotowani na niezłe błoto, ale miło się zdziwiliśmy biegnąc przez pierwsze 2 km- nie było tak źle, choć jak to w lesie, trochę piachu, liści, gałęzi, korzeni itp. Odcinek na 3km okazał się bardzo zróżnicowany, jeśli chodzi zarówno o nawierzchnię (już trochę więcej błota i kałuże) jak i o pofalowanie terenu – praktycznie non stop podbieg/zbieg, a w dołkach kałuże – dodatkowe atrakcje, na które gdzieś tam tak na prawdę liczyliśmy.

Na końcu pierwszego okrążenia przywitała nas grupka kibiców, a wśród nich ku naszemu mega wielkiemu zdziwieniu 3 naszych klubowiczów (Michał i Marek Klecz oraz Kuba Przysiecki), którzy w kurtkach klubowych i na swoich rowerach dawali niezłego czadu – dało nam to niezłego powera i pozwoliło utrzymać tempo 4:45min/km do samej mety. Kolejny raz spotkaliśmy ich na 7 km odkąd towarzyszyli nam do samej mety, gdzie czekali już na nas inni kibice a wśród nich moja rodzinka – wielkie dzięki dla wszystkich za to – Michał, Marek, Kuba, Anka no i dzieciaki Maja i Maciej (z którym przekroczyłem linię mety).

Impreza bardzo kameralna i z unikatowym klimatem – przy lepszej pogodzie idealna okazja do spędzenia super niedzieli wśród innych biegaczy, klubowiczów, rodziny i znajomych – bardzo gorąco polecam i mega gratki dla organizatorów za stworzenie niesamowitej atmosfery, pomysł no i chęci.

Do zobaczenia za rok.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Time limit is exhausted. Please reload the CAPTCHA.