Ultrakotlina 130 – Bieg Dookoła Kotliny Jeleniogórskiej

Chcecie wiedzieć, jak to jest przebiec 140 kilometrów w górach?
Zapraszamy do lektury 🙂

Pomysł na wzięcie udziału w Biegu Dookoła Kotliny Jeleniogórskiej narodził się w mojej chorej głowie już dawno. Trzy lata temu, kiedy to grypa zmusiła mnie do ukończenia nawet nie w połowie Przejścia Dookoła Kotliny Jeleniogórskiej stwierdziłem, że łatwiej będzie tą trasę przebiec, bo kto normalny będzie szedł 140 kilometrów przez dwie doby po górach? No i gdzieś początkowo tliło się marzenie, które przez dalekosiężny plan stało się w końcu faktem. Minęły trzy lata przygotowań bardziej lub mniej sumiennie wykonanych i marzenie staje się faktem: stoję na starcie. A wokół mnie jeszcze tylko 57 osób startujących w biegu. Gdyby nie brama startowa, nagłośnienie i obstawa policji można by pomyśleć, że to jakaś większa grupka osób zebrała się na Polanie Jakuszyckiej, by wczesnym rankiem potrenować bieganie. Jeszcze tylko kilka informacji podczas odprawy technicznej i wybija godzina 7 w sobotę rano.
Start.
Kilkudziesięcioosobowy tłumek biegnie w kierunku Karkonoszy. Pomimo wczesnej pory jest dość ciepło, ale ludzie są poubierani różnie: od zupełnego luzu po pełen techniczny zestaw plus spory plecak. Co kto lubi, ja byłem mniej więcej tak pośrodku. Do tego w plecaku zapakowana była kurtka i bufet na drogę. Początek to lekki zbieg wzdłuż DK3 prowadzącej od granicy z Czechami, po chwili jednak skręciliśmy w prawo na zielony szlak i po kilkuset metrach zaczął się podbieg. To znaczy biegli prowadzący, ja raczej zamykałem tyły i było mi z tym całkiem dobrze. Plan na przetrwanie był prosty: biec gdzie się da, ale pod górę spokojnie. Marzyło mi się też ukończenie tego biegu w 24 godziny, a to już było wyzwanie.
Od zachodu Karkonosze witają zielonym szlakiem. Słynie z tego, że zawsze jest tam błoto i już praludzie podczas swoich prawędrówek grzęźli w nim po swoje prakolana. Ja miałem szczęście, utopiłem tylko jednego buta, przez co był chyba z pół kilo cięższy. Po części to także wina widoków, było tuż po wschodzie słońca. Postanowiłem ściganie się zostawić innym i wykonać kilka zdjęć w co ciekawszych miejscach.
Zaraz Hala Szrenicka i kamienny szlak przez całą grań. I cały czas w chmurach. Do Śnieżnych Kotłów jakoś ciężko szło, a jeszcze zaczął mnie męczyć katar, który nie odpuścił aż do końca. Liczyłem na to, że będzie tu chłodniej, a tu temperatura i wilgotność zwiększały się z każdą chwilą. Czasem tylko zawiał w plecy lekki wiaterek. Trzeba być ostrożnym, bo kamienie na szlaku były wciąż wilgotne i śliskie. Zawsze w takich momentach przypomina mi się ten durny kawał mówiący o tym, że pierwsza rzecz, jakiej uczy się mały Eskimosek, to nie jeść żółtego śniegu. Podobnie jest w górach: śliskie kamienie nauczysz się odróżniać za pierwszym razem, czasem ostatnim. I nie pomogą ani najlepsze nawet buty czy kijki ani modlitwy do św. Jerzego, trzeba po prostu uważać.
Mając w pamięci tę wielką eskimoską radę życiową docieram do Przełęczy Karkonoskiej, gdzie znajduje się pierwszy punkt kontrolny PK1. Co ciekawe, prowadził go pan, u którego wynajęliśmy pokój, a więc był to jedyny w swoim rodzaju punkt kontrolny z noclegiem. Tutaj pogoda się poprawiła i spokojniej już można było biec w kierunku Śnieżki. Zanim jednak na nią wlazłem, zrobilem sobie mały przystanek przy Domu Śląskim. Musiałem opróżnić kieszenie plecaka z zużytych chusteczek – jakoś nigdy nie nauczyłem się furmana i nie mam zamiaru. Wejście na Śnieżkę kosztowało mnie dużo wysiłku, ale prawdziwe schody zaczęły się w drodze w dół. Zamiast gnać w dół odcięło mnie zupełnie. Przez chwilę nie bardzo chciało mi się nawet iść, ale myślę sobie: To dopiero 30km, przygrywka. Przed Tobą jeszcze conajmniej 100, a przepak za kolejne 30, więc weź się do roboty! Z pomocą przyszedł też mój najnowszy wynalazek, słodkie kable-ciągutki z Biedronki. Mają taki skład, że organizm przy takim wysiłku wszystko wykorzysta. Jedno opakowanie 150g to równowartość 5 dziennych porcji tego produktu. Zabrałem to w zastępstwie żeli, które oczywiście też miałem w plecaku, ale zostawione na czarną godzinę. Pomysł okazał się trafiony, bo już po niedługim czasie mogłem znów biec. Teraz stromo po kamieniach z góry do Przełęczy Okraj. Okraj to ostatnie miejsce, skąd widać Śnieżkę. I dobrze, miałem swoje 3xŚnieżka na raty w tym roku. I jeszcze kawałek do PK2 na Przełęczy Kowarskiej. Po drodze trafiam na niespodziankę – autobus zaparkowany tyłem w rowie i z dziobem półtora metra nad drogą. Myślę sobie: tym razem to nie moja wina, i lecę dalej. Na PK 2 dowiaduję się, że jestem w połowie stawki i zastanawiam się, gdzie ci ludzie się podziali, skoro byłem prawie na końcu. Podbudowany tym sukcesem lekko biegnę sobie w kierunku przepaku. To tylko 17km. Na Polanie Mniszkowskiej trzeba jednak odbić w asfaltowy szlak żółty, ponieważ leśnicy nie zdążyli uprzątnąć lasu. Jak to miło z ich strony, nie będę mógł zobaczyć mojego ulubionego Zamku Bolczów. Nie jest to może Chojnik, ale wg mnie przebija go pod każdym względem. Pozostało mi tylko zbiec te kilka kilometrów asfaltem do Janowic. Przypomina ten dziesięciokilometrowy zbieg z Jizerki do Harrahova, na który trafiłem w ubiegłym roku. Tam to była tylko zabawa. Przy 50km w nogach ten asfalt zaczyna jednak dokuczać. A to boli pięta, a to palec, do bólu pleców już przywykłem. Ale wreszcie jest! Zielona Dolina w Janowicach Wielkich. Po 57,5km pora na chwilę wytchnienia. Zarządziłem sobie pół godziny przerwy, ale przy tym co było do wyboru w bufecie na przepaku to zbyt krótko. Punkt prowadzili organizatorzy Chojnik Maratonu i jeśli tak prowadzą swój bieg, to już zaklepuję tam sobie miejsce. Prawdziwie kumpelska i rodzinna atmosfera. W bufecie do wyboru pomidorowa, żurek, kawa (!), ciastki i spory wybór izotoników bardziej lub mniej procentowych. Ja wybrałem piwo. Jednak najlepszym punktem programu była fontanna, w której bez żadnego trymowania się stanąłem boso z browarem w garści. Co za ulga dla nóg. Podczas normalnego funkcjonowania takiego obiektu to chyba niewykonalne. To był też jedyny raz, kiedy zdjąłem buty i skarpetki. Normalnie lepiej nie wiedzieć, co dzieje się wewnątrz buta. Na przepak miałem nadany drugi plecak z wyposażeniem identycznym jak w pierwszym plus czystą bluze, koszulkę i skarpetki. To znaczy wydawało mi się, że miałem to zapakowane. Z zaplanowanego zestawu została tylko cieplejsza bluza termiczna, a ta mogła się przydać podczas chłodniejszej nocy. Co było robić? Ubrałem się w to co miałem, dopiłem piwo, podziękowałem jak mnie mama nauczyła i dalej w drogę. Przede mną jeszcze jakieś 80km. Impreza trwała całe 40 minut. Janowice są dość nisko położone, więc czekał mnie spory kawałek pod górę do Różanki i potem w kierunku Przełęczy Komarnickiej. Po drodze napotykam mocno drażniącego mnie pacjenta, który co chwilę pytał mnie o drogę, bo nie miał zapisanego nigdzie śladu trasy i w jego ocenie nie była ona wystarczająco oznakowana. Człowieku! Masz mapę (dostarczoną w pakiecie, wymaganą przez organizatora) , taśmy na skrzyżowaniach, oznakowane szlaków, to w czym problem? No chyba, że ktoś nie umie w analogi, co w dzisiejszych czasach mnie wcale nie dziwi. Ale to już nie moja sprawa, bo znów kosztem sporego wysiłku udało mi się marudę odstawić na spory dystans. Bardziej martwiło mnie to, że w biegu górskim musimy grzać asfaltem, a buty wyją z bólu żywcem odzierane z bieżnika. Wolałbym już ten niebieski szlak wiodący przez zręb leśny na Dudziarzu. Na szczęście w Komarnie wracam do lasu i następuje nieuniknione: noc. 72km. Na wzgórzu przerwa na batona i montaż czołówki na głowie. Cały czas jak w piosence Maleńczuka: Jestem sam. Nie zawsze tak jest, ale są biegi, w których sam dla siebie jestem najlepszym towarzystwem i to jest właśnie jeden z nich. Nie potrzeba mi obok jakiegoś huraoptymisty albo toksycznego marudy, żeby wiedzieć, że jest ciężko. Ale, jak śpiewali Wasowski z Przyborą, piosenka jest dobra na wszystko, szybko więc wyrzuciłem typa z pamięci. I tak jak za dnia towarzyszył mi zasłyszany przed wyjazdem „Pielgrzym” T.Love, tak w nocy wyczerpywałem repertuar Domu O Zielonych Progach, czasem wchodzi Oblivion lub Interstellar. Oczywiście, że miałem słuchawki. Tylko schowane gdzieś w plecaku na wypadek ultra kryzysu. Muzyka sama grała w głowie.
Po wyjściu z lasu wyłania się Łysa Góra. To znaczy panuje zupełna ciemność i miejscu góry widać tylko dwa oświetlone maszty radiowe – punkt orientacyjny. Podczas podejścia co jakiś czas widzę rozbłysk światła. Czarownice? Nie. To Daniel Koszela, najlepszy fotograf tamtych okolic – jego fotografie są ozdobą niejednej galerii. Tu, na punkcie kontrolnym, dogania mnie Maruda z pretensjami do obsługi, że punkt miał być po 13, a nie 17km. Jakie to ma znaczenie, skoro i tak musiał tu dotrzeć? W tym samym miejscu jeden z zawodników rezygnuje z dalszej drogi, zaś innego dopada jakiś problem z żołądkiem. Myślę sobie: Oho! Trzeba się stąd zawijać, bo to nie miejsce dla mnie. Za dużo negatywnych emocji, a może rzeczywiście czarów? A przede mną trudna przeprawa przez Okole i na tym trzeba się teraz skupić. Na podejściu doganiam trzyosobową grupkę zawodników, a wśród nich czwartą kobietę w stawce. W lesie sporo powalonych drzew i przez dłuższy odcinek poruszamy się poza szlakiem. W końcu wszyscy docieramy na punkt widokowy, bo z tego właśnie Okole jest znane. Na stromym i trudnym technicznie zejściu zaczynają się pierwsze kłopoty. Oprócz innych bolących czasem miejsc pojawia się uciążliwy ból prawego kolana. Mówię mu, żeby przestało, ale nie słucha. Muszę się na chwilę zatrzymać, poczekać aż ból nieco zelży i dopiero dalej schodzić. I tak kilka razy. W tym czasie grupka już zdążyła się oddalić i znów byłem sobie sam. Docierając do rozdroża pod Mszakiem widzę światła – to jeden z ukrytych punktów kontrolnych. Pierwszy napotkałem jeszcze za dnia. Trzeba się pilnować, żeby ich na trasie gdzieś nie pominąć, bo grozi to doliczeniem kary dwóch godzin do końcowego czasu. Chłopaki poczęstowali kawą, zaproponowali kiełbachę z ognia, prawdziwy biwak. Żeby wypełnić żołądek jakąś sensowną treścią decyduję się tylko na bułę. Ten zestaw szybko stawia mnie na nogi i truchtam sobie w towarzystwie leśnych zwierzątek w kierunku Góry Szybowcowej. Po drodze jednak nawigacja zawodzi – przestrzeliłem zmianę szlaku o dobry kilometr. Zmęczenie już powoli daje o sobie znać, tylko dlaczego zawsze, kiedy zabłądzę, muszę wracać pod górę? Na właściwym już szlaku, też z góry wprost do wsi Chrośnica, stamtąd już kawałek do Szybowcowej. Tam czeka obsługa PK5. Nocny widok, jaki rozciąga się na Jelenią Górę z Szybowcowej po prostu powala. To trzeba zobaczyć i twierdzą też tak okoliczni mieszkańcy, których trochę się tu na wieczór zjechało. Sceny jakby żywcem wyjęte z filmu „Więcej czadu” z Slaterem. Zegarek pokazuje tu 90km.
Do końca jeszcze tylko maraton z kawałkiem. Do obiegu wchodzi ostatnia z czterech paczek chusteczek, a że jest już po 23, to nawet gdyby jakimś cudem trafiła się Żabka, to i tak będzie zamknięta. W pobliskim Jeżowie Sudeckim pytam dwóch amatorów wieczornych dyskusji na przystanku o jakiś sklep. Oni na to, że nie ma, ale mają dobre wino i na trzech spokojnie starczy. Może innym razem. Pojawia się pierwszy solidny ziew. Ale żadnego spania nie będzie. Kiedy docieram do Perły Zachodu, w mieszczącej się tam restauracji impreza trwała w najlepsze. Nawet nie było kogo spytać o chusteczki, o kawę tym bardziej. Na celownik weszła teraz stacja Lotos. Ta musi być otwarta. To tylko raz do góry i raz w dół i w prawo. Podczas Przejścia Dookoła Kotliny stacja przeżywa prawdziwe oblężenie. Dziś nie ma nikogo. Bo prawdziwi ultrasi żywią się powietrzem i energią z lasu. Łapią pszczoły i wysysają z nich miód. A może korę żrą. Ale fastfooda nie tkną. A ja i owszem. Zapiekanka, duża kawa i dwa energetyki. No i chusteczki, w końcu po to tu jestem. Bo przecież rękaw też ma swoją wytrzymałość. Po tym popasie ciężko się ruszyć, ale meta przyciąga. Po przebyciu może trzech kilometrów PK6, przedostatni, a w nim niespodzianka: pomidorowa i kawa tak mocna, że nie ziewnąłem do końca. Już wizyta na stacji pogrzebała moje szanse na ukończenie biegu w 24 godziny, a tu jeszcze nieplanowane jedzonko. No nic, do boju! Trzeba walczyć chociaż o to, by na zegarze przynajmniej z przodu było 24. Minuty są już mniej ważne. Teraz przede mną jedna z tych łąk, na których nic nigdy się nie dzieje. Ale nie dzisiaj. W czasie, kiedy napawam się pięknem rozgwieżdżonego nieba dostrzegam spadającą gwiazdę. Tak, wiem, że to drobinka pyłu lub śmiecia z kosmicznego pierdolnika, ale nawet polonistom zdarza się czasem coś włanczać. Jedyne życzenie, jakie mogłem pomyśleć, to dotrzeć do mety. Zacząłem się też zastanawiać, co ja zrobię w moim lesie za dnia, skoro tu takie wspaniałości? W trakcie takich życiowych rozkminek mija mi droga do ostatniego, siódmego punktu kontrolnego. Tutaj jak w domu: herbata, kiełbaski, kanapki i jakiś okoliczny kot próbujący upolować coś ze stołu. Popijam powyższy zestaw, oprócz kota oczywiście, pierwszym z energetyków i w drogę. Do mety zostało tylko szesnaście kilometrów. Sze – sna – ście! Z tym, że tylko pod górę. Z najniższego punktu na trasie (360mnpm) na Wysoki Kamień (1058mnpm) to prawie 700m w pionie. Dla porównania: spod Domu Śląskiego na Śnieżkę to tylko 100m w pionie. Pomogą mi, jak zwykle, moje kijki mocy. Szlak tu typowo leśno-górski, czyli kamienisty z korzeniami ukrytymi pod opadnietymi liśćmi. Trzeba uważać, bo o skręcenie nietrudno. Po drodze upragniony Zakręt Śmierci, to znaczy o tym, że to to dowiedziałem się od pani z trzeciego, ostatniego już punktu ukrytego. Przysiadłem na chwilę, by wypić ostatniego energetyka. Ile daje znajomość trasy i własnego organizmu. Można zaplanować z dużą dokładnością, gdzie ów specyfik ma zadziałać, czyli za jakieś pół godziny. W tym czasie prawie dotarłem już na szczyt. Zbliżał się też świt. Już drugi na tym biegu. Fajne są takie imprezy, gdzie zacierają się granice między dniem i nocą i znów dniem. Nikt nie patrzy nerwowo na zegarek, by sprawdzić czas lub odległość, bo i po co? Ważne jest, by w miarę funkcjonalnej całości dotrzeć do mety.
Na ostatnim, najbardziej stromym podejściu znów dostaję błyskiem światła po oczach. Ależ musiałem wyglądać rozglądający się we wszystkie strony w poszukiwaniu źródła tego światła. Po chwili kolejny i jeszcze jeden. To znów Daniel Koszela. Ukrył się wśród skałek na szczycie Wysokiego Kamienia. Po powrocie moim oczom ukazało się zdjęcie życia. Trafi na ścianę. Na taką prawdziwą, i to w ramce.
Kawałek za Wysokim Kamieniem widzę światła z czołówek. Dwa. Znaczy to tyle, że kiedy ich dogonię i odstawię, to będę te dwa oczka wyżej. Zatem ognia! W tej właśnie chwili zaczął się prawdziwy wyścig. Po 130km spokojnego tempa skończyło się planowanie wysiłku. Zaczęła się walka o miejsce. Po kilku minutach dogoniłem ich. To biegło małżeństwo, pan już przysypiał, a pani spytała tylko, skąd ta rześkość. Ja jej na to, że meta czyni cuda i pobiegłem po swoje. Udało się nawet w tej euforii zrobić podbieg do kopalni kwarcu Stanisław. Tam w końcu zdjąłem z głowy czołówkę, którą obtarłem sobie pół łba przez noc. Obtarte miałem również plecy, choć do dziś zachodzę w głowę od czego. Jeszcze sms do Justyny. Teraz tylko asfaltem do Rozdroża pod Cichą Równią i zaraz meta. Jednak nie tak zaraz. W połowie asfaltowego zbiegu wysiada mi kolano. Zupełnie. I to nie ze zmęczenia. Zmęczony byłem już na Śnieżce. To wyraźny objaw zużycia materiału. To przez to ściganie się na Wysokim Grzbiecie. Już tam pięty, zwłaszcza lewa, bolały tak, że musiałem lądować na palcach, które też bolały, zwłaszcza w prawej stopie. Od wieczora bolały mnie też wszystkie mięśnie od pasa w dół. Wszystkie. Czwórki, dwójki, łydki i tak, dupa również. I teraz właśnie do tego festiwalu bólu radośnie w roli gwiazdy dołączyło sobie lewe kolanko. Przemęczyłem jeszcze kilometr takim dziwnym tanecznym krokiem: pięta-palce-pięta-kolano-plecy-palce. Postanowiłem jednak odpuścić, żeby nie skończyć jak Kenijka w Warszawie. Na dwa kilometry przed metą podbieg. Co?! Ano o tym jednym zapomniałem. Ale dał na tyle wytchnienia, bym znów mógł trochę przebiec. Widzę idącą z dołu Justynę i zostawiam resztki sił na końcówkę biegu. Zadowolona i wyspana w wygodniejszym łóżku, niż mamy w domu dodaje mi trochę energii. Dochodzimy znów, jak wczoraj rano do Szosy Czeskiej i tu, na kilkadziesiąt metrów przed metą znów biegnę. Meta znajduje się w hotelu Jakuszyce i tam już koniec zabawy. Czas to 25h03m07s. I medal. Malutki drewniak znaczący jednak więcej, niż cała kolekcja pozostałych.
Jestem zadowolony. Taki czas brałbym w ciemno, tym bardziej, że nie byłem pewien, jak przetrzymam noc. Okazało się, że poszło dużo lepiej, niż myślałem. Już mniej wszystko boli, okazało się, że mam odcisk na pół pięty i drugi na pół palca, może lekko nie trafiłem z butami. Nie jest źle. Ale żeby usiąść lub przewrócić się na łóżku na drugi bok muszę dokładnie zaplanować całą sekwencję ruchów. Z krzesła wstaję niczym Piotrek Żyła na wyjściu z progu, tylko z uśmiechem coś nie wychodzi.
Podczas biegu wypiłem jakieś 10 litrów izotonika, zjadłem tylko dwa batony plus to, co na punktach i zużyłem pięć paczek chusteczek. Nie zjadłem natomiast żadnego żelu mając w zastępstwie słodycze. Jestem zadowolony, bo sprawdziły się wszystkie moje partyzanckie metody treningowe i nic nie popsuło się we mnie na tyle, żeby trzeba było zbierać mnie z trasy.
To była bardzo ciekawa przygoda, czas więc szukać kolejnych.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Time limit is exhausted. Please reload the CAPTCHA.