Zapraszamy do relacji Andrzeja z 18. Maratonu Poznańskiego

Pięć lat temu kolega przebiegł maraton. Pogratulowałem mu i patrzałem na niego jak na półboga. Czas miał taki sobie, ale nie robiło mi to różnicy, bo po prostu nie rozumiałem, jak można tyle biegać, kiedy można podjechać rowerem (bo wtedy rower rządził u mnie niepodzielnie).

Dwa albo trzy lata temu rozmawiałem z Markiem. Marek też przebiegł maraton. Ale na niego patrzałem już tylko jako na ćwierć-boga. Pewnie dlatego, że miałem już zaliczoną jedną czy dwie lubońskie dychy.

Zawsze podziwiałem maratończyków. Nie tyle nawet za wysiłek fizyczny, ile za to że tak „biegajo i biegajo i im się nie znudzi”. Bo to w głowie leżał główny problem. Dycha raz w roku to było wyzwanie, półmaraton był abstrakcją, maraton – nawet nie wiem, jak nazwać.

Aż nadszedł rok 2017 – rok, w którym zacząłem zadawać się z wariatami z LKB i w którym w związku z powyższym postanowiłem realizować niektóre swoje sportowe marzenia. Półmaraton przebiegłem, poprawiłem życiówkę na 10 km, w ogóle polubiłem bieganie i coraz częściej pokonywałem długie dystanse, nie umierając przy tym na mecie. Dlatego też pojawiła się myśl: jak nie teraz, to chyba nigdy! Dlatego też już w czerwcu (chyba) czyhałem na rozpoczęcie zapisów do 18 PKO Poznań Maraton i zapisałem się od razu pierwszego dnia. Od tego czasu zaczęła się Operacja Maraton.

Przygotowania były trochę amatorskie i pewnie popełniłem w nich mnóstwo błędów. W ciągu dwóch miesięcy przed maratonem zrobiłem ok. 10 długich wybiegań, ileś krótszych treningów, do tego dochodziły starty w zawodach, w tym w dwóch półmaratonach. Jak na mnie to dużo, bo ja w ogóle nie robię zbyt wielu kilometrów. Rower poszedł w odstawkę, nad czym nieco ubolewałem. Ale jakiś koszt musiał być.

W ostatnim tygodniu przed biegiem zaczęły się tzw. schizy. – „Cześć Andrzej, mamy salę na LOSiR. Pograsz? – Nie, nie chcę złapać kontuzji przed maratonem.” A może tak na rower w czwartek przed biegiem? Nie, wieje, jeszcze mi coś spadnie na głowę ( to nic, że normalnie jeżdżę prawie w każdych warunkach). Zimne piwo przy meczu Lecha w piątek? Nie, jeszcze się przeziębię. Z synem na basen w sobotę? Ok, ale ze zjeżdżalni będę korzystał rzadziej. Cholera, niech ten maraton wreszcie będzie. I żebym nie zaspał. I żeby samochód odpalił. I żeby parkingi wszystkie nie były zajęte. No!

Nie zaspałem, odpalił, nie były zajęte . Ok. godziny 8.40 udałem się do swojej (powiedzmy…) strefy i przez godzinę i 10 minut wraz z innymi zawodnikami patrzałem, jak ekipa rozgrzewkowa wygina śmiało ciało i wyrabia nadgodziny. Nie zazdrościłem spikerowi zawodów., który musiał robić dobrą minę do złej gry i jakoś odwrócić uwagę zawodników od organizacyjnej wtopy, którą niewątpliwie było 50-minutowe opóźnienie startu. Ja też nie byłem spokojny. Nie podobało mi się tkwienie w strefach. Nikomu się nie podobało.

Wreszcie firma ochroniarska poustawiała barierki i nauczyła swoich pracowników języka polskiego (bo podobno wcześniej nie umieli). Bardzo to wszystkich ucieszyło. Trzy, dwa, jeden – i „Rydwany ognia”. Kocham ten utwór.

Moim celem na ten bieg był czas w granicach 3.30-3.40. Ale nie do końca. Ponieważ nigdy nie biegłem na takim dystansie podczas zawodów – nie wiedziałem, jak zachowa się organizm, co to jest ściana, co się stanie po 30 km – liczyłem się z tym, że będzie inaczej niż sobie to wymarzyłem i że trzeba to będzie przyjąć z pokorą. No, ale na razie biegniemy i jest super.

4.40– 4.50. Takie jest tempo pierwszych kilometrów. To trochę za szybko, ale założyłem, że na pierwszej, łatwiejszej połowie maratonu wyrobię sobie jakiś zapas, a potem będę go tracił. To chyba nie był dobry pomysł, ale gdybym tak nie zrobił, to pewnie i tak bym tracił a zapas byłby mniejszy. Biegnie się świetnie, nieco z górki, co nie wróży dobrze na finisz, ale na razie o tym nie myślę. Kibiców jest dużo, przybija się piątki z dzieciakami. Humory dopisują również uczestnikom. „Kto nie biegnie, ten z policji!” – krzyczy zawodnik przede mną do pilnującej skrzyżowania policjantki. I w ogóle jest bardzo miło i przyjemnie.

Woda, izo, czekoladka, banan, piątka. Hetmańska z górki (rekompensata za półmaraton). Runda dookoła Dębiny, koło Aquanetu kibicująca nam ekipa z LKB. Uśmiech, piona, wszystko jest na najlepszej drodze. Wprawdzie na Dolnej Wildzie mija mnie jakiś dziadek metr pięćdziesiąt w kapeluszu ale postanowiłem się z nikim nie ścigać. Zresztą to na pewno były wyczynowiec, zawsze tak to sobie tłumaczę.

Po wbiegnięciu na ul. Hetmańską w stronę Rataj tempo nieco zaczęło spadać. Ale 5.00 to cały czas bardzo dobrze. Teraz trzeba jak najdłużej taką szybkość utrzymać, chociaż wiem, że w pewnym momencie zacznie to być trudne. Przez Rataje biegnie się zresztą świetnie, a tylu piątek co tutaj nie przybiłem chyba przez całe życie.

Chartowo, Baraniaka, Malta. Na Malcie wymiata zespół mnichów na gitarach. Dali mi niesamowitego powera, tempo skoczyło do 4.45 pod górę. Potem podbieg na Krańcową (dałem radę, wszystko ok), zrobiło się 30 km i od tego czasu skończyła się zabawa a zaczął się maraton, czyli pot, krew i łzy.

Wiedziałem, że Małe Garbary są lekko pod górę. Nie wiedziałem, że aż tak. Przeciąłem jeszcze aleję Niepodległości i na Nowowiejskiego dogoniła mnie i prześcignęła grupa biegnąca na 3.30. Dobra, to jeszcze nie jest tragedia, zmieszczę się w założonym limicie. Ale każdy krok jest coraz trudniejszy. 5.30 – wolno. I jest coraz wolniej. Wreszcie ulica św. Wawrzyńca – zmora poznańskich maratończyków, moment prawdy.

Na ulicy tej z reguły nie bywam bo nie mama żadnych spraw w tamtych okolicach. Ale przed maratonem wyskoczyłem sobie rowerem na wieczorny rekonesans trasy i podbieg ten nie wydał mi się specjalnie groźny. Pewnie dlatego, że było ciemno. Niestety – z perspektywy maratończyka mającego w nogach 35 km jest on prawie pionowy. Raki, czekany – takie klimaty.

Po wdrapaniu się na tę Golgotę myślałem, że od tego momentu będzie łatwiej. Nie było. Na zegarek praktycznie przestałem patrzeć, bo z trudem mogłem złamać 6 minut. Jakoś dotelepałem się do Grunwaldzkiej, gdzie czasy zaczęły oscylować w granicach 7 minut. I tak dowlokłem się jakoś do mety, wyprzedzany przez wszystkich z wyjątkiem idących zombi, których z kolei ja wyprzedzałem. Ale nie zatrzymałem się. Tylko ten niebieski dywan jakiś taki długi.3.42.55. Koniec.

Od wielu tygodni wizualizowałem sobie moment przekroczenia mety. Myślałem, że będzie euforia, szaleńczy taniec z medalem, może łzy szczęścia. Nie było. Nie było nic. Po prostu ukląkłem a potem się położyłem. Ktoś podał mi izotonik. Wypiłem i po kilku minutach zataczając się poszedłem po medal, o którym po przekroczeniu linii mety zupełnie zapomniałem. W tym stanie znalazła mnie moja żona i syn. Edyta od razu zaprowadziła mnie do punktu medycznego. Po drodze spotkałem jeszcze Marka, który parę lat temu był ćwierć-bogiem a teraz mi gratulował. Nie pamiętam, co odpowiedziałem, ale chyba nie byłem zbyt kontaktowy.

Bez kroplówki niestety się nie obeszło, poleżałem sobie na kozetce (sąsiednią zajął prezydent Grobelny), do siebie i do samochodu jakoś doszedłem, w międzyczasie jeszcze trochę pogadałem z innymi zawodnikami LKB, gdyż kontaktowość zaczęła wracać.

Czy było warto i czy kiedyś to powtórzę? O ile na pierwsze pytanie odpowiedź jest bezwzględnie pozytywna, o tyle z drugim nie wiadomo. Jest wiele argumentów za i przeciw. O ile z czasu jestem raczej zadowolony, o tyle z kondycji na mecie zdecydowanie nie. Wiem, że w czasie przygotowań i biegu popełniłem wiele błędów i że na pewno i tak nie wiem o wszystkich. Wiem też teraz na pewno (a nie tylko z obiegowych opinii), że maraton nie wybacza niedociągnięć. Przebiec maraton to na pewno wyczyn i sukces, natomiast jeszcze większym sukcesem jest przebiec go dobrze. Czy tak było? Chyba nie do końca. Ale z czasem ból minie, chwała pozostanie. Byle tylko zachować pokorę i realnie oceniać swoje możliwości.

Ale cieszę się również z tego, że mogę już zachowywać się normalnie. Dlatego dzisiaj wieczorem przejadę się rowerem a potem wypiję te wynalazki, które organizator dołączył do pakietu.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Time limit is exhausted. Please reload the CAPTCHA.